Archive for the ‘Francja’ Category

Comfort wine

Listopad 4, 2009

Bandol Longue Garde

Dbający o moją rzetelność dziennikarską mąż sprowadził dla mnie ze Stanów Vignon – przyprawę, o której idei napisałam już krytyczny felieton w październikowym numerze Magazynu. Nie było więc rady trzeba było urządzić kolację, która miałaby obalić bądź potwierdzić  (ucierając mi nosa) jej zalety. Vignon, jak głosi etykietka, jest all natural wine friendly, uczyni każde wino gładkim i pysznym (smooth and delicious), można go stosować zamiast soli, ma zero kalorii i nie zawiera glutaminianu sodu. Zawiera za to sól morską (zamiast soli), grzybki shitake, suszone pomidory,  ekstrakt drożdżowy, sos sojowy i różne naturalne aromaty, jak cytrynowy, serowy, czy czosnkowy. Innowacyjność tej przyprawy ma polegać na tym, że dodana do jedzenia, zrównoważy smak każdego wina i każdego dania tak, że wszystko świetnie się ze sobą połączy, by nie powiedzieć, pomiesza.

Udałam się więc na Wiktorską po rybę, pod Halę Mirowską po polędwicę (niczego w tym mieście nie można kupić w jednym sklepie albo przynajmniej w dwóch pobliskich),  przygotowałam mocno kwasowy Riesling Estate 2008 od Breuera i butelkę Bandol Longue Garde 1999 od Jean-Pierre’a Gaussena. Mieliśmy sprawdzić, to znaczy głównie mój dociekliwy mąż  („bo ja zawsze wszystko muszę wiedzieć”), czy Riesling z krwistym mięsem przy Vignon okaże się świetny, a potężne Mourvèdre  zagra z rybą.

Vignon

Dorada ze sklepu na Wiktorskiej okazała się świetna. Wybrałam się tam pierwszy raz i ucięłam uroczą pogawędkę z panem w stylowym berecie, który pouczył mnie, że przegrzebki nie mają nic wspólnego z małżami Świętego Jakuba, bo przegrzebki to po francusku „coques”.  Nulla dies sine linea! Dzień zapowiadał się na spełniony. Niestety przy kolacji pieczeń nie spełniła pokładanych w niej oczekiwań, okazała się sucha i twarda (nie da się jednak kupić porządnej polędwicy za 30 złotych, choć już się cieszyłam), a  Vignon spełniło najgorsze przeczucia. Smakuje jak Vegeta, tyle że jest bardziej słone, nie ma w nim jak w Vegecie cukru, a jego sekret równoważenia wina i potraw polega na tym, że w ustach uporczywie utrzymuje się smak sosu sojowego zabijający wszystkie inne aromaty. Ani dorada, ani Breuer, ani Gaussen na to nie zasługiwali.

Breuer jak zawsze okazał się niezawodny, a Gaussen przyniósł prawdziwe pocieszenie przy łykowatym mięsie, które można było sobie podarować i pić, pić, pić… Gdyby nie to, że butelka nam się szybko skończyła.

Nigella Lawson często pisze o comfort food – takim , co kojarzy się nam z dzieciństwem, niesie ukojenie, odgania chandrę  i od którego po prostu nie możemy się oderwać. Zważywszy, że łapią się na to pojęcie często niezbyt wyszukane potrawy i niechlubne słabości, zawsze uważałam je za ambiwalentne, jeśli nie lekko pejoratywne. Jednak myśląc o Bandol Gaussena, które w jakimś sensie odbiły się na moim winiarskim dzieciństwie, określenie comfort wine uparcie pcha mi się do głowy. Zaproszona na kolację nasza przyjaciółka powiedziała, że to wino jest jak wieczór, który spędzamy w domu i jest nam z tym dobrze.

Jean-Pierre Gaussen Bandol Logue Garde 1999 to potężne, gęste wino o głębokich aromatach czarnych owoców. Słodkie jeżyny i ciemne czereśnie są w nim równoważone bardziej wstrzemięźliwymi nutami: lawendy, skóry i ziół prowansalskich. Jest w nim ciepłe światło południowej Francji i surowość tamtejszych skał rysowanych twardą Cézanne’owską kreską.  W ustach trwa jak pękająca garść dojrzałych owoców, których sok łącząc się z subtelnymi ziołowymi smakami , tworzy lekko ziarnistą fakturę. Mam wrażenie, że Bandol Gaussena odwołuje się we mnie do jakichś atawizmów: ciemne i skondensowane, a zarazem miękkie i soczyste, jest, jakkolwiek nie brzmiałoby to pretensjonalnie, czystą esencjonalnością czerwonego wina. A zwyczajnie i po prostu – jest esencją przyjemności.

W „Winach Europy” Gaussen jest nazwany patriarchą bandolskiej apelacji, dziś już trochę przykurzonym. Przykurzenia w jego Longue Garde 1999 na pewno nie czuć. Pomimo swoich dziesięciu lat to wciąż świeże wino o łagodnych garbnikach. Ma w sobie pogodę i łagodność dojrzałego wieku; komfort starości.

Mój mąż natomiast, gdy mnie nie ma w domu, z upodobaniem dodaje Vignon do omletów. Pije wtedy piwo i czuje się z tym bardzo komfortowo.

Magiczne noce Cablanc czyli Bordeaux idzie w gadżety

Październik 2, 2009

wina Cablanc

Wiadomo, że apelacje Bordeaux i Bordeaux Supérieur nie mają łatwo i od lat borykają się z kryzysem. Prawie każdy odwiedzany tam winiarz będzie z bólem podkreślał, że znajduje się na dole bordoskiej piramidy i musi jakoś ze swoją niższością sobie radzić. W zeszłym roku – dzięki silnemu lobbingowi – prawo dopuściło dosypywanie chipsów dębowych podczas fermentacji, i wina, które w ślepej degustacji smakują jak chilijskie merloty, mnożą się na potęgę. Młoda, nowoczesna twarz Bordeaux uśmiecha się do dwudziestolatków, przekonując ich, że wino bordoskie jest osiągalne, przystępne i może dostarczyć codziennej, prostej przyjemności. Hasła i styl stawiają na młodych, dla których wino rodziców jest zbyt  wyrafinowane i za drogie, a zresztą stało się niemodne. Kampania antywinna we Francji się pogłębia, spożycie wina z roku na rok spada na głowę, hasła ze starych (sponsorowanych przez państwo!) plakatów: „Pijcie wino, żyjcie radośnie!” dziś są nie do pomyślenia.

Pijcie wino, żyjcie radośnie

Plakat z 1938

Nie tylko nikt już nie mówi o radości z kieliszka wina, nie wspomina się już nawet o zdrowiu, teraz obowiązuje dyskurs roztrząsający, które wino jest bardziej szkodliwe (podobno białe i z dwojga złego lepiej pić różowe).

W tym powszechnym amoku Jean Daniel Debart z Château Cablanc w St Pey de Castets stworzył program, który u nas dumnie się określa „edukacją dla przyszłości”.  – Nikt by do mnie nie przyjechał dla samego wina – twierdzi – musiałem mieć do zaoferowania coś więcej. To coś więcej to „Sekrety Doliny” – ścieżka zadań, jakie mogą wykonać przyjeżdżające do château razem z rodzicami dzieci. Zadań w jakimś sensie z winem powiązanych. Dzieci dostają zapinaną na biodrach saszetkę z odpowiednim oprzyrządowaniem, rodzice koszyk z prowiantem bio i gra się rozpoczyna. Można wygrać odblaskowy długopis. Program obejmuje także zwiedzanie piwnicy, gdzie np. wkłada się głowę do kadzi fermentacyjnej, w której usłyszymy odtwarzaną z taśmy „konwersację” drożdży, a dalej z piwnicy droga wiedzie do „balowej komnaty pałacu księżniczki” i… „jak będziesz duża, to weźmiesz tutaj ślub”. Dorosłe księżniczki już teraz urządzają w Cablanc wesele. A jak nie chcą wesela, to w towarzystwie swoich księciów mogą wziąć udział w magicznych nocach Cablanc. Przychodzi wtedy prawdziwy magik i z kieszeni pani siedzącej w pierwszym rzędzie wyciąga butelkę wina.

Jean Daniel Debart

Jean Daniel Debart

Jean Daniel Debart to facet pełen dobrej energii i po przejściu Doliny Sekretów i wszystkich innych atrakcji, oczarowana, czekałam na szczęśliwe zakończenie: teraz, myślałam, wina powalą mnie na kolana i będę miała za swoje wyszydzanie enoturystyki. I gdyby szukać w winach wanilii, a nie owocu, koniec podróży należałoby uznać za pozytywny. Mnie nie zdołało jednak olśnić nawet wino o nazwie Revelation wycenione na 20 euro. Śliwka, kawa i słodkie przyprawy w ustach ginęły pod pylastą teksturą drewnianych tanin. Wcześniej wino to nosiło nazwę Inaccessible (Niedostępne) i było zamknięte w gipsowej rzeźbie, do której dołączony był młotek. Cena takiej butelki: 850 euro. Jakoś  się nie sprzedawało.

Rynek, marketing, enoturystyka, magia, gadżety … Naiwnie chcę wierzyć, że żyjemy w świecie, w którym dobre, proste wino ekonomicznie się obroni. A jeśli nawet tak nie jest, to naszym dzieciom najpierw chciałabym opowiadać o świecie, w którym liczy się autentyczna jakość, a nie atrakcyjne opakowanie.

Konfrontacja z mitem

Wrzesień 2, 2009

Chateau de PibarnonZawsze chciałam wypić Château de Pibarnon. Może w dobrym towarzystwie wstyd tak mówić, bo w końcu to klasyka, wszyscy to uznane Bandol pili już po kilka razy, ba, zdążyli nawet porównać roczniki. Ja jednak Château de Pibarnon nigdy nie piłam, jakoś się nie składało, chociaż w Bandol spędzałam wielokrotnie wakacje. Głównie jednak w czasach, kiedy szczyty moich marzeń smakowych stanowiły lody kokosowe i naleśniki z nutellą. Przez długie lata Bandol było w mojej głowie synonimem kolorowego kapitalizmu oferującego nieosiągalne w Polsce jarmarczne przyjemności.

Na początku ubiegłego stulecia był to ulubiony kurort pisarzy. Przyjeżdżali tu Tomasz Mann, Aldous Huxley, D. H. Lawrence i Katherine Mansfield, która ufała, że śródziemnomorskie powietrze wyleczy ją z gruźlicy. Dziś miejscowość zachowała niewiele z literackiego uroku, w sezonie zamienia się w turystyczną dżunglę, w której nie tylko nie mają czego szukać artyści, ale również miłośnicy wina. W miasteczku pije się przede wszystkim hektolitry różowego Côtes de Provence i jakby nikt tutaj nie pamięta, że Bandol to jedyna miejscowość Lazurowego Wybrzeża, która ma własną apelację. Inna sprawa, że tutejsze mourvèdre daje gęste czerwone wina, które lepiej nadają się na zimowe wieczory niż na upalną kanikułę.

u GaussenaMoje odkrycie czerwonych Bandol zaczęło się od spotkania z Jean-Pierre’em Gaussenem. Uśmiechnięty, prostolinijny, ze spracowanymi rękami stanowił kontrast do pań w perłach sprzedających wina w turystycznie nastawionych winnicach. Był to szczęśliwy czas, kiedy nie robiłam notek degustacyjnych, ale zapamiętałam jego wina jako ciemne skondensowane o aromatach czarnych dojrzałych owoców, podbudowanych zwierzęcymi, rustykalnymi nutami. Funky and chunky – jak pisała o bandolskiej apelacji Jancis Robinson – wina Gaussena wyznaczyły dla mnie kanon Bandol jako win słonecznych, po które chętnie sięgamy w rodzimą pluchę. I właśnie zamkniętego w butelce słońca spodziewałam się, kupując pod koniec wakacji na paryskim lotnisku czerwone Château de Pibarnon 2004 w okazyjnej cenie 25 euro.  (W warszawskim Vinariusie rocznik 2003 kosztuje 179 zł.)

Wino zaskoczyło mnie swoim kolorem – przejrzystym, jasnorubinowym, lekko już wpadającym w karmazyn. Miało bardzo finezyjny bukiet – przestrzenny, szeroki, bogaty. Czuć w nim było jeżyny, czereśnie, jagody, ale też nieco smoły, lukrecji, lawendy i prowansalskich ziół: tymianku, rozmarynu. W ustach było niespodziewanie lekkie jak na mourvèdre – którego jest tu 90%, pozostałe 10% to grenache – miało jedwabną fakturę, miękkie, ułożone taniny, niespotykaną jak na Bandol mineralność i miałoby pewnie soczystość, gdyby nie niknęła pod gryzącym pazurem alkoholu (14%). I to niestety alkohol dawał głównie znać o słońcu, gdyż owocu było w smaku zdecydowanie mniej niż bukiecie – jakby uszedł, pozostawiając jedynie ziołowość i zbyt wątłe w stosunku do alkoholu ciało.  Nie pomógł na to ani czas w kieliszkach, ani jagnięcina.

Źle się czuję pisząc nienajlepiej o tej butelce, bo w końcu Pibarnon jest zwane Pétrusem Bandol (obydwie winnice położone są na niebieskich marglach), a co więcej, wiele sobie po tym winie obiecywałam. Rocznik 2004 został oceniony przez Gault Millaut i La Revue du Vin de France na 18/20 punktów, ale już Bettane&Desseauve oceniają go tylko na 15,5 punktu. Potencjał temu winu przypisują jednak bardzo duży – piszą, że należy je pić między rokiem 2009 a 2015. Niektórzy piszą, że teraz wino jest u szczytu. Ale w moim winie owocu już nie było, nie było też przysłowiowej dla Pibarnon harmonii – alkohol zbyt mocno się wybijał. Może to problem tej konkretnej butelki, a może niska cena znajduje tutaj swoją motywację.

Chateau de Pibarnon różoweZdecydowanie lepiej, w swoje klasie, wypadło różowe Château de Pibarnon 2008 (17 euro na lotnisku de Gaulle’a) – w kolorze jasnego łososia, z mgiełką owocu w nosie: nutach brzoskwini, moreli, truskawki, kandyzowanej skórki od cytryny i mocniejszymi aromatami ziół oraz oliwek. Wino wyciszone, eleganckie, subtelne, jednak o potężnej jak na rosé strukturze i wyczuwalnych w gorzkawej końcówce taninach.

Oczywiście nie jest tak, żebym za sprawą jednej butelki lekką ręką pożegnała się z mitem. Z pewnością sięgnę po następne czerwone Pibarnon. Może jednak nie trzeba go kupować na lotnisku, podobnie jak do Bandol nie trzeba jeździć w lecie.

winnica Gaussena

 

Moja magdalenka tygodnia

Sierpień 12, 2009

La Begou

Zaobserwowałam ciekawe zjawisko. Łatwiej przychodzi nam się pogodzić z tym, że komuś nie spodobała się książka, którą lubimy. Albo film, płyta, obraz… Trudniej natomiast przyjmujemy fakt, że ktoś ma odmienną opinię na temat wina. Być może wytłumaczenie jest proste. Film – dajmy na to –  jaki jest, każdy widzi. Łatwo rozebrać go na części pierwsze i zanalizować. Jeśli nawet nasza interpretacja jest inna, wrażenia wzrokowe są te same. Co do smaku i aromatu nigdy nie jesteśmy pewni, czy towarzysz przy stole odbiera te same doznania. Więc jeśli zgadzamy się w ocenie, a przede wszystkim w opisie, jesteśmy szczęśliwi. Utwierdza nas to w przekonaniu, że nasze zmysły nas nie zwodzą, że nasz sąd ma wartość nie tylko dla nas samych i że mówienie o winie ma sens.  Jeśli się nie zgadzamy, to i tak nie chcemy przystać na subiektywność wrażeń, i łatwiej niż w innych wypadkach popadamy w pułapkę kwestionowania naszej bądź cudzej władzy sądzenia.

Smak w końcu to kwestia bardziej osobista niż intelektualne poglądy. Krytykę wina, które cenimy, odczuwamy jako krytykę własnej osobowości.

Wojtek ostro zareplikował, gdy uznałam, że Chignin Bergeron 2006 z Domaine Berlioz, o którym pisałam wcześniej, może rzeczywiście pasowałoby do homara. Philippe natomiast wydawał się zmartwiony, gdy powiedziałam mu, że to wino wydaje mi się ciut za słodkie. I nie pocieszył go fakt, że La Bégou 2006 od Maxima Magnon było dla mnie olśnieniem. Bo on to wino lubi, owszem, ale przy Berliozie wydaje mu się „rozgadane”.  Cóż, do mnie wielowarstwowość  i złożoność tego Grenache Gris przemówiła. Fakt, jest to wino paradoksalne, wino przeciwieństw.  Z potężnym ciałem, lecz bez oleistości. Fakturę ma lekko chropawą, jerseyową, a jednocześnie jest soczyste: jak twarde winogrono, które po przegryzieniu się rozpływa. Słono – słodkie, z lekką goryczką i orzeźwiającą cytrusową końcówką. Nafta w bukiecie przywodzi na myśl stare Rieslingi. Jest tu jeszcze pigwa, mirabelki, odrobina szafranu i kwiatów. Opisywać kolejne niuanse faktycznie można by bez końca. Wino to jednak przede wszystkim odwołało się do jakiegoś atawizmu we mnie. Czy zdarzało Wam się w dzieciństwie ssać pestkę od wiśni albo mirabelki? Z próżna nadzieją, że zatrzymacie smak owocu w ustach… La Begóu trwa bardzo długo. Jest zrealizowanym marzeniem o mirabelce bez potrzeby napychania brzucha. Odnalazłam swoją magdalenkę. Wy na pewno macie swoje. Life is good.

Wino bez "ę" i "ą"

Sierpień 11, 2009

Chignin Bergeron G. Berlioz

Phillippe de Givenchy sprzedając swoje wina, rzadko bawi się w opisywanie ich smaków i aromatów. Mówi: „To jest wino powietrzne” albo „blisko ziemi”. Czasem stwierdza po prostu:  „bardzo piękne wino” lub obdarza butelki ulubionym przymiotnikiem: depouillé, który nie tak łatwo przełożyć na polski. Tłumacząc dosłownie znaczy to tyle, co ogołocone. Słownik Petit Robert mówi nam, że un vin depouillé – to wino pozbawione zmętnień, przejrzyste; słownik leksyki winiarskiej dodaje, że często określa się w ten sposób wino stare, pozbawione materii, rozwodnione. Z pewnością żadnego z tych znaczeń nie ma na myśli Philippe, gdy mówi o Chignin Bergeron Domaine G. Berlioz 2006.

Odwołuje się raczej do zastosowania, jakie słowo depouillé znajduje w opisie wyzbytego ornamentów stylu literackiego. Wino depouillé, jak to rozumiem, jest proste i bezpretensjonalne, sans chichi et niania – jak głosi inna etykieta obecna  w La Cave – czyli krótko mówiąc: bez „ę” i „ą”. Chignin Bergeron od Berlioza to niewątpliwie wino pełne, czyste, które uderza raczej intensywnością aromatu niż jego wielowarstwowością i wyczuwalną już w nosie słodyczą. Główne nuty to owoce tropikalne i szczypta azjatyckich przypraw. Gilles Berlioz ma ponoć najniższe zbiory w Sabaudii (40 hl/ha) i zbiera winogrona późno, stąd wysoki cukier i duża koncentracja.

Degustowaliśmy Chignin Bergeron 2006 podczas panelu w Magazynie i jak słusznie spostrzegł mój redakcyjny kolega Wojtek Bońkowski, zważywszy na jego pochodzenie z chłodnego, bądź co bądź, górskiego klimatu i szczep roussanne, który zwykle charakteryzuje się wysoką kwasowością, wino to zaskakuje słodyczą. Choć niewątpliwie jest ona równoważona mineralnością i pikantnym finiszem.  Jednak kadmowa żółć, słodki bukiet, miękka faktura, kremowa wręcz konsystencja i ogólna krągłość tego wina każą mi myśleć o barokowych kształtach Rubensa. Czy Rubens w swym przepychu był depouillé? W pewnym sensie, rzecz jasna, był. Proponował czystą, pozbawioną zahamowań – fakt – chwilami przytłaczającą zmysłowość. I być może w tym kontekście trzeba umiejscowić wino Berlioza, które ma w sobie coś z gorącego uścisku. W sam raz na dobry początek wieczoru. Gdybyśmy jednak chcieli je podać do kolacji, nie poszłoby już tak gładko. Zabrałam niewypitą na panelu resztkę do domu. Wypiliśmy ją z E. do risotto z kurkami. Ze smakiem. Bez ekstazy. Rubensowska słodycz przytłoczyła wszystko. Jednak rozmarzyłam się. A gdybym tak zrobiła tuńczyka z cebulowo-mangowym chutneyem. Albo krewetki w czerwonym curry… I tarte tatin na deser albo po prostu szarlotkę… Philippe mówi, że to wino świetne do homara. Takiego prawdziwego. Bretońskiego. Świeżego. Gdybyście znaleźli takiego nad Wisłą, koniecznie mnie zaproście. Przyjdę z Berliozem.

La Cave Philippe de Givenchy

Sierpień 2, 2009
Philippe de Givenchy

Philippe de Givenchy

Istnienie La Cave Philippe de Givenchy przy ulicy Wilczej 28 odnotowało już wiele blogów. Pisał o tym miejscu Voyage, Warsaw Insider i Spacerownik. Zostało ono naniesione na ekoetyczną (sic!) mapę stolicy. Bo też i temat sam w sobie jest wdzięczny. Francuz w Warszawie. Arystokrata w suterenie. Były szef kuchni i właściciel paryskiej restauracji odznaczonej gwiazdką Michelina, który żyje w kraju, gdzie o francuskiej finezji można sobie jedynie pomarzyć. Daleki krewny kreatora mody sprzedający wina. I to ekologiczne. W dodatku piszący wiersze. Bez certolenia się ze słowami. Jest czym epatować mieszczucha.

O atrakcyjności pomysłu de Givenchy’ego może świadczyć fakt, że przez dwa tygodnie obecności La Cave na Facebooku zyskała ona 405 znajomych. Pozostaje mieć nadzieję, że poza sprzyjaniem idei, piją oni również wino. Pomijając bowiem barwną biografię właściciela i modną dziś ekologię, La Cave jest miejscem szczególnym ze względu na sprzedawane w niej wina. I na przekór całej otoczce, jest też miejscem cichym. Są tu w końcu apelacje nie tak dobrze znane w Polsce: Corbières, Cahors, Anjou, Coteaux du Layon, Chignin Bergeron…Bez oglądania się na to, co sprzedają inni, Philippe de Givenchy, oferuje wyłącznie to, co mu dobrze pachnie i co go urzeka. Dlatego warto z nim rozmawiać o winie. Nawet jeśli nie znamy francuskiego. De Givenchy żonglując francusko-polsko-angielską mieszanką naocznie udowadnia, że 90% komunikacji jest pozawerbalne. Poza tym jego wina mówią same za siebie. Choć trzeba dodać, że nie są to wina nadmiernie ekstrawertyczne. Wymagają skupienia, swego rodzaju przestawienia uwagi. Często kryją aromaty nieoczywiste, do których nie jesteśmy przyzwyczajeni. Nie tak prosto jest je wyróżnić i nazwać. Zaskoczenie bywa jednak największą przyjemnością.

O winach de Givenchy’ego wkrótce.

Philippe & Hugues de Givenchy

Philippe & Hugues de Givenchy

Numerous blogs have already noted La Cave Philippe de Givenchy, located at 28 Wilcza in Warsaw. The magazines Voyage, Warsaw Insider and Spacerownik have all written about this spot, and it can be found on the “ecoethical” (sic!) map of the capital. In fact, the shop spins its own irresistible story—a Frenchman in Warszawa; an aristocrat in a basement; Former executive chef and owner of a Michelin-starred Parisian restaurant, now residing in a country where real French finesse is at best a fantasy. A distant relative of the famous fashion designer, selling wine to Poles. Organic wine, at that. Who writes poetry. And doesn’t coddle his words. Yes, there’s plenty to épater le bourgeois.

In just two weeks on Facebook, Givenchy’s store had a crowd of 405 friends. I hope these folks don’t just like the idea—they also drink wine. Because it’s not just the fact that organic is in, and it’s not just the owner’s colourful biography: it’s the wine itself that makes La Cave so noteworthy. And despite the buzz, the shop itself is a quiet spot, filled with apellations not very well known in Poland, such Corbières, Cahors, Anjou, Coteaux du Layon and Chignin Bergeron. Without giving a thought to what’s on other wine merchant’s racks, Philippe de Givenchy sells only wines he delights in, which is also why it’s very worthwhile to have a conversation with this man about wine. Even if we don’t speak French. As he juggles his franco-ponglish mix, de Givenchy actually proves that ninety percent of communication is non-verbal. Plus, it helps that the wines speak for themselves. Keep in mind, however, that these are not extrovert wines. They demand concentration and a kind of shifting of attention. Often, they hide unfamiliar, unobvious aromas, very challenging to discern or describe. But isn’t surprise possibly the greatest of pleasures?

More soon on de Givenchy’s wines.