Archive for Kwiecień 2010

Vinitaly okiem strange journalist

Kwiecień 6, 2010

W świecie idealnym konkursy winiarskie byłyby wielkim świętem wina, którego pierwszym celem jest ukoronowanie najlepszych butelek, w świecie realnym są wielkim biznesem, gdzie liczą się przede wszystkim pieniądze.

Na tegoroczną 18 edycję międzynarodowego konkursu Vinitaly odbywającego się w Weronie spłynęło ponad 3600 butelek z 27 krajów, z czego 70% stanowiły wina włoskie. Za każdą wysłaną butelkę producent musiał zapłacić 138 euro, łatwo więc obliczyć, że stanowi to około pół miliona europejskiej waluty do rozdysponowania. Do udziału w jury zaproszono 42 zagranicznych dziennikarzy (strange journalists, jak z wdziękiem przekładała tłumaczka), 21 zagranicznych enologów (strange oenologists) i 42 enologów włoskich (tym razem: italian). Nie chcę się bawić w dziennikarza śledczego i dokładnie prezentować tu koszty organizacji; jest jasne, że zarabia się na tym interesie niemałe pieniądze. I dobrze, niech moc będzie z tymi, którzy to potrafią. Byłoby jednak lepiej, gdyby oprócz pompatycznej oprawy zadbano również o jakość degustacji i wypracowano lepszy system oceniania. To jednak nie sprawiało wrażenia kwestii priorytetowej. W tym wypadku nie wierzę w statystykę i śmiem twierdzić, że końcowe wyniki konkursu są w dużej mierze przypadkowe. Oto dlaczego.

1. Jury Vinitaly zostało podzielone na 21 pięcioosobowych komisji składających się z dwóch dziennikarzy i trzech enologów. Wszyscy z całkowicie innym przygotowaniem; kwestię te jednak zostawmy na boku, gdyż organizacyjnie jest praktycznie nie do rozwiązania: trudno zapraszać ludzi z odległych krajów i odsyłać ich w razie, gdy nie przejdą testu. Rozsądnie jednak jest uczynić założenie, że komisja komisji nierówna.

2. Podczas czterech dni eliminacji każda z komisji degustowała inne wina skategoryzowane w 16 ogólnych grupach określonych regulaminem. Trzy podstawowe grupy stanowiły wina spokojne, musujące i półmusujące, dalej podzielone ze względu na kolor, wiek i rodzaj dojrzewania; w przypadku win słodkich ze względu na poziom cukru resztkowego, a w przypadku musujących na metodę fermentacji.

O ile ze względu na ramy czasowe konkursu, można zrozumieć, że w czasie eliminacji wina zostały rozparcelowane po różnych komisjach, o tyle wydaje się pomysłem niedobrym, by podczas sesji finałowej jedynie 5 komisji degustowało te same wina.

3.  Wszystkie degustowane wina podawano nam za ciepłe. Nie mierzyłam temperatury białych, czerwone sięgały 24 stopni.

4. Szczegółowe kryteria dobierania win do sesji degustacyjnych, na jakie składało się 12-13 próbek, pozostają na Vinitaly całkowicie nieprzejrzyste. Ten rodzaj degustacji, zwany double blind, grupuje razem wina z różnych nieujawnianych komisjom szczepów i krajów pochodzenia. Konkursy, gdzie w poszczególnych sesjach zestawia się ten sam szczep, region geograficzny bądź typ, i informację o tym się ujawnia, uważam za bardziej miarodajne.

Oczywiście idealistyczne założenie jest takie, że wprawny degustator rozpozna próbkę; wśród kryteriów oceny jest wszakże punkt: genuineness, a więc jak rozumiem autentyczność, szczerość, wierność odmianie. Prawda natomiast jest taka, że przy takiej skali i rozpiętości konkursu nawet najwprawniejsi degustatorzy mylą się często, wprawni mylą się bardzo często, a najmniej wprawni przez cztery minuty, jakie mają na wypełnienie degustacyjnego arkusza, w ogóle nie zawracają sobie głowy rozpoznaniem próbki. Tradycyjnie przepadają w tej degustacji wina o wątlejszym ciele, mniejszym ekstrakcie, subtelniejszym bukiecie, zwłaszcza, że na ich niekorzyść działa metoda ewaluacji opracowana przez Union Internationale des Œnologues przedkładająca w moim przekonaniu doskonałość techniczną  nad typowość i złożoność.

5. Metoda ta, operująca stupunktową skalą, dzieli ocenę na trzy ogólne kategorie: kolor, za który maksymalnie wino może otrzymać 18 punktów, bukiet – maksymalnie 30 punktów, smak – maksymalnie 44 punkty, plus jest jeszcze ocena końcowa: maksymalnie 8 punktów.  Jednak poszczególne kryteria dzielą się na od 3 do 6 podkryteriów, stąd degustator w pośpiechu dokonujący szczegółowej analizy może łatwo zagubić obraz całości. I nie zawsze suma końcowa jest tą, jaką chciał winu nadać. Można oczywiście sobie radzić, szykując gotowce na 80 punktów na przykład, jak to czynili niektórzy, i dalej odejmować lub dodawać w osobnych krateczkach, posługując się wzorcem. Można najpierw dać ocenę końcową i jeśli liczy się szybko, podporządkowywać jej poszczególne punkty. Tak czy owak, statystycznie rzecz biorąc kilkupunktowe wahania w jedną lub drugą stronę były rzeczą nagminną. Mało komu chciało się kruszyć kopie o punkt czy dwa, nie zawsze zresztą starczało czasu na wypełnianie arkusza od nowa. Dlatego sensowniejszym rozwiązaniem byłoby pozwolenie degustatorom na dokonywanie analizy w cichości sumienia i operowanie stupunktową skalą od razu.

W końcowej kalkulacji oceny najniższe (te dają strange jornalists poszukujący oryginalności) i najwyższe (tę dają strange oenologists zainteresowani przede wszystkim poprawnością techniczną) zostają pomijane. Obowiązuje więc tutaj zasada ograniczonego zaufania do zaproszonych gości: średnią arytmetyczną wyciąga się z ocen środkowych.

Z tych wszystkich powodów najlepsi producenci i najbardziej znani degustatorzy konkursy omijają z daleka.

Czego nauczyłam się na Vinitaly? Niewiele. Może wymagam za dużo, ale nie oczekując profitów finansowych, spodziewam się benefitu w postaci nauki, która byłaby możliwa, gdyby po każdej sesji zechciano nam ujawnić szczepy i kraje degustowanych próbek. Albo gdyby była możliwa dyskusja w ramach komisji, co, w moim przekonaniu, wpłynęłoby pozytywnie na adekwatność ocen. Na Vinitaly członkowie jury są maszynami do robienia punktów.

Imponujące wrażenie robił natomiast codzienny pokaz sommelierów, którzy przy każdej sesji wykonywali synchroniczny taniec, z lekkością poruszając się po sali pod dyktando głównego wodzireja, przewodniczącego komisji Giuseppe Martelliego. Jego hipnotyczny głos, powtarzający po tysiąckroć: prego, prego, prego, tak bardzo wniknął w moje zakończenia nerwowe, że budził mnie rano, zanim jeszcze zadzwonił budzik. Prego, prego, prego… Miękkie Do przodu! Marsz!

Giuseppe Martelli w primaaprilisowym przebraniu

Poza tym Werona piękna, hotel o niegdysiejszym przepychu, karmiono i pojono nas wprawdzie średnio (owszem, dziennikarze winiarscy to najbardziej malkontencka profesja świata), towarzystwo swojskie, aczkolwiek codzienne small talki bywają męczące. Nie było jednak od nich ucieczki, bo nawet gdy mieliśmy dwa wolne wieczory (o dwie kolacje mniej dla organizatorów i o dwie znacznie lepsze dla nas), to i tak jedni drugim usiłując umknąć, spotykaliśmy się w końcu w Bottega del Vino. Cóż, wszystkie drogi prowadzą do Rzymu. Przynajmniej gdy człowiek jest strange journalist. A jeśli potrafi o tym zapomnieć i pobłażliwie powściągnie swój krytycyzm, wtedy everything is cool i viva la dolce vita! Można mieć całkiem udane wakacje. Tylko czy o to w tym wszystkim chodzi?