Archive for Marzec 2010

Lucynka w Klekotkach

Marzec 25, 2010

Od Valpolicelli trzymałam się raczej na dystans. Ze wszystkich „prostych win do kuchni domowej”, jak to zgrabnie ujął Tadzio Pióro, ta wydawała mi się nazbyt miękka, już samym brzmieniem zbyt dziewczyńska, za mało garbnikowa, za bardzo zbliżona swoją naturą do wiśniowego soku, a za mało winna. Nic w tym osobliwego, błąd to powszechny, taki obraz Valpolicelii ma większość konsumentów. Znalazł się wśród nich i sam Robert Parker, który nazwał Valpolicellę „mdłym przemysłowym chłamem”. Nie bez powodu oczywiście. Veneto jest najbardziej płodnym regionem Włoch, który od połowy lat 90. wyprzedza rozmiarami produkcji wcześniej przodujące Apulię i Sycylię. Większość winnic znajduje się więc w rękach kooperatyw nastawionych na wytwórczość masową. Nie było też łatwo o dobrą Valpolicellę w Polsce, przez lata jej wizerunek wyznaczał komercyjny producent Pasqua, którego to Valpolicellę piłam z niejaką życzliwością kilka lat temu w Tajlandii, gdzie o wina europejskie trudno. Ale żeby kupować ją w Polsce?

Obraz Valpolicelli odczarowała dla mnie w mroźną zimową noc butelka od Tedeschiego. 2008 Lucchine Valpolicellę Classico przywiózł do Klekotek Michał Poddany, którego stopień spoufalenia z tym winem i sympatia dla niego są na tyle duże, że nazywa je pieszczotliwie Lucynką. Myliłby się jednak ten, kto by pomyślał, że Lucynka to spolegliwa dziewczynka. Wino to choć proste i codzienne, znajduje się na antypodach tego, co można by nazwać łatwością. Powstaje z ręcznie zbieranych gron, które przechodzą krótką macerację i fermentację z kontrolą temperatury, co ma mu zapewniać owocową świeżość. Obok apetycznego sorbetu z wiśni i borówek pojawiają się tu jednak również nuty iglaste, ziemiste, liściaste, które nadają temu winu leśny charakter. Delikatnie ziarnista faktura, zadziorna kwasowość i mocno ziołowa końcówka komponowały się genialnie z legendarnym klekotkowym kulebiakiem. Lucchine dobitnie udowadnia tezę, jakiej Tedeschi poświęca wiele wysiłku, że corvina może produkować światowej klasy wina bez uciekania się do appassimento.

Żeby się o tym przekonać musiałam pojechać do Klekotek – mazurskiego SPA, powstałego wokół XVII-wiecznej posiadłości młynarza. Do tej pory, podobnie jak od Valpolicelli, trzymałam się od SPA raczej na dystans – z tego samego lęku o zderzenie z nadmierną komercją. Młyn Klekotki pokazuje, że może być inaczej. To hotel o światowym standardzie, który poza wszelkimi dogodnościami, ma przede wszystkim wspaniały genius loci. Stara architektura została zachowana, nowa stylistycznie komponuje się ze starą, wnętrza cieszą oczy, krajobraz jest zjawiskowy, tereny ogromne, więc nic nas nie skazuje na przebywanie w stadzie. A poza wszystkim jest tam wspaniała kuchnia obfitująca w regionalne specjały oraz świetnie zaopatrzona piwnica, zgodnie z zasadą „jedz lokalnie, pij globalnie”. Nawet siarczysta zima, było wtedy -30, zupełnie nam nie przeszkadzała, wręcz przeciwnie było przepięknie, a co odważniejsze towarzyszki biesiady pobiegły ochoczo z kieliszkami Valpolicelli przez śnieg, w negliżu, do stojącego w polu parującego jacuzzi.

Siedząc teraz, w wiosenny dzień, z kieliszkiem Lucchine, myślę, że to jedno z najlepszych zimowych wspomnień. I jeszcze jedna banalna myśl telepie mi się po głowie: że nie tylko Valpolicella, ale także i Polska bardzo się zmienia. Wiem, wiem, to banał, ale za każdym razem, kiedy to widzę, strasznie się cieszę.

(2008 Lucchine Valpolicella Classico – do kupienia u Roberta Mielżyńskiego za 35, 90 PLN)