Archive for Styczeń 2010

Suma przyjemności

Styczeń 18, 2010

Wczoraj w jednym z winiarskich sklepów Warszawy sympatyczny sprzedawca zachwalając mi kolejne butelki, namiętnie używał przymiotnika „konsystencyjny”. „Naprawdę bardzo konsystencyjne wino, proszę pani” – powtarzał. Neologizm bardzo mi się spodobał, choć jego czar nie zadziałał na tyle, bym na owe „konsystencyjne” butelki dała się namówić. Chociaż pan miał niewątpliwą rację, uciekając się do swojego określenia, bo tak jak istnieją pewne cechy narodowe, istnieją też zakreślone przez geografię upodobania smakowe i my Polacy zdecydowanie „konsystencyjne” wina lubimy. Czy wpływ ma na to chłodny klimat, czy upodobanie do słodyczy, które nam wpoiły stołówkowe kompoty czy też skłonność do trunków mocniejszych nieco, mniejsza o to. Idea dobrego czerwonego wina, nasza „ikona stylu” to wino gęste, esencjonalne, wygładzone beczką, z miękkimi taninami i najlepiej z odrobiną cukru resztkowego. Snobizm przybiera u nas masywne szaty i wyrafinowanie najbardziej snobistycznej apelacji świata, jaką jest Burgundia, do nas nie przemawia. Jeśli już mamy wydać na wino większe pieniądze, lepiej by ta suma przekładała się na oczywistą moc.

A ceny burgundów są owszem wysokie, więc nie sprzedają się one u nas najlepiej i są słabo obecne na polskim rynku, choć sytuacja się poprawia, o czym pisaliśmy już w Magazynie Wino (5/2009). Nie wszyscy importerzy mają też w ofercie wina ze starszych roczników, a burgund jak mało które wino potrzebuje kilku lat w butelce. Więc kiedy znajdzie się już wśród nas taki, kogo nagle dociśnie niecierpliwa chęć na porządnego burgundzkiego pinota, w dodatku w cenie, która by nas nie zmuszała do ewentualnych kłamstw przed współmałżonkiem, nie jest wcale łatwo tej chęci schlebić. Ale niecierpliwe chęci są wytrwałe i znajdują w końcu swoją realizację. Moja znalazła w Maranges 1er Cru La Fussière 2007 od Rogera Bellanda. (Mersault od tego producenta otrzymało tegoroczny brązowy medal w Grand Prix MW).

Maranges uważana jest za najpośledniejszą z burgundzkich premiers crus, niektórzy nawet podważają jej przynależność do Côte d’Or, jako że leży już w Saône-et-Loire, jej wzgórza mają odmienną od reszty regionu, południową ekspozycję i choć załapuje się na ostatni pas typowego dla Côte d’Or wapienia, w skład jej gleby wchodzą również bogate w magnez dolomity i łupki ilaste. Co w konsekwencji daje pinoty mniej mineralne, bardziej krągłe, o cieplejszym charakterze. Marek Bieńczyk napisał, że mało inspirujące, choć tanie. Ale w końcu nie zawsze szukamy inspiracji na dłuższy elaborat, czasem na blognotkę wystarczy. Podobnie jak nie co wieczór trzeba jeść kolację z inspirującym facetem i częściej zadowala nas po prostu komunikatywny.

Roger Belland wpisuje się swoimi burgundami w nową burgundzką falę – win otwartych, szczodrych, apetycznych. Winifikacja La Fussière przebiega w niskich temperaturach, co ma wzmocnić aromaty czerwonych owoców i złagodzić garbniki. Owoc rzeczywiście jest tu pięknie wydobyty, ale wachlarz zapachowy jest bardziej przestronny, oprócz truskawki i kwaśnej wiśni, w tle pojawiają się fiołki, nutka torfu i kamienna mineralność, której i w ustach jest niemało. Wino skoncentrowane, intensywne, choć nie brakuje mu burgundzkiej zwiewności i aksamitnego dotyku. Pełne z nadającą mu gibkość kwasowością. Nie trzeba się w nie specjalnie zagłębiać, co niektórym może zdawać się mało inspirujące, jednak natychmiastowa przyjemność, którą oferuje już za młodu, jest naprawdę nie do pogardzenia. Rocznik 2007 jest gotowy do picia, choć spokojnie na jakieś pięć lat można go jeszcze odłożyć. Wino jak na burgunda treściwe, a jak na Maranges naprawdę głębokie i długie. 82 złote i 50 groszy to mało na butelkę wina nie jest, ale w tym przypadku wszystko mi się zwróciło. Subtelność czasem bardziej popłaca niż „konsystencyjność”. I nie ma się po niej kaca.

Do kupienia u Roberta Mielżyńskiego.

Reklamy