Archive for Listopad 2009

Comfort wine

Listopad 4, 2009

Bandol Longue Garde

Dbający o moją rzetelność dziennikarską mąż sprowadził dla mnie ze Stanów Vignon – przyprawę, o której idei napisałam już krytyczny felieton w październikowym numerze Magazynu. Nie było więc rady trzeba było urządzić kolację, która miałaby obalić bądź potwierdzić  (ucierając mi nosa) jej zalety. Vignon, jak głosi etykietka, jest all natural wine friendly, uczyni każde wino gładkim i pysznym (smooth and delicious), można go stosować zamiast soli, ma zero kalorii i nie zawiera glutaminianu sodu. Zawiera za to sól morską (zamiast soli), grzybki shitake, suszone pomidory,  ekstrakt drożdżowy, sos sojowy i różne naturalne aromaty, jak cytrynowy, serowy, czy czosnkowy. Innowacyjność tej przyprawy ma polegać na tym, że dodana do jedzenia, zrównoważy smak każdego wina i każdego dania tak, że wszystko świetnie się ze sobą połączy, by nie powiedzieć, pomiesza.

Udałam się więc na Wiktorską po rybę, pod Halę Mirowską po polędwicę (niczego w tym mieście nie można kupić w jednym sklepie albo przynajmniej w dwóch pobliskich),  przygotowałam mocno kwasowy Riesling Estate 2008 od Breuera i butelkę Bandol Longue Garde 1999 od Jean-Pierre’a Gaussena. Mieliśmy sprawdzić, to znaczy głównie mój dociekliwy mąż  („bo ja zawsze wszystko muszę wiedzieć”), czy Riesling z krwistym mięsem przy Vignon okaże się świetny, a potężne Mourvèdre  zagra z rybą.

Vignon

Dorada ze sklepu na Wiktorskiej okazała się świetna. Wybrałam się tam pierwszy raz i ucięłam uroczą pogawędkę z panem w stylowym berecie, który pouczył mnie, że przegrzebki nie mają nic wspólnego z małżami Świętego Jakuba, bo przegrzebki to po francusku „coques”.  Nulla dies sine linea! Dzień zapowiadał się na spełniony. Niestety przy kolacji pieczeń nie spełniła pokładanych w niej oczekiwań, okazała się sucha i twarda (nie da się jednak kupić porządnej polędwicy za 30 złotych, choć już się cieszyłam), a  Vignon spełniło najgorsze przeczucia. Smakuje jak Vegeta, tyle że jest bardziej słone, nie ma w nim jak w Vegecie cukru, a jego sekret równoważenia wina i potraw polega na tym, że w ustach uporczywie utrzymuje się smak sosu sojowego zabijający wszystkie inne aromaty. Ani dorada, ani Breuer, ani Gaussen na to nie zasługiwali.

Breuer jak zawsze okazał się niezawodny, a Gaussen przyniósł prawdziwe pocieszenie przy łykowatym mięsie, które można było sobie podarować i pić, pić, pić… Gdyby nie to, że butelka nam się szybko skończyła.

Nigella Lawson często pisze o comfort food – takim , co kojarzy się nam z dzieciństwem, niesie ukojenie, odgania chandrę  i od którego po prostu nie możemy się oderwać. Zważywszy, że łapią się na to pojęcie często niezbyt wyszukane potrawy i niechlubne słabości, zawsze uważałam je za ambiwalentne, jeśli nie lekko pejoratywne. Jednak myśląc o Bandol Gaussena, które w jakimś sensie odbiły się na moim winiarskim dzieciństwie, określenie comfort wine uparcie pcha mi się do głowy. Zaproszona na kolację nasza przyjaciółka powiedziała, że to wino jest jak wieczór, który spędzamy w domu i jest nam z tym dobrze.

Jean-Pierre Gaussen Bandol Logue Garde 1999 to potężne, gęste wino o głębokich aromatach czarnych owoców. Słodkie jeżyny i ciemne czereśnie są w nim równoważone bardziej wstrzemięźliwymi nutami: lawendy, skóry i ziół prowansalskich. Jest w nim ciepłe światło południowej Francji i surowość tamtejszych skał rysowanych twardą Cézanne’owską kreską.  W ustach trwa jak pękająca garść dojrzałych owoców, których sok łącząc się z subtelnymi ziołowymi smakami , tworzy lekko ziarnistą fakturę. Mam wrażenie, że Bandol Gaussena odwołuje się we mnie do jakichś atawizmów: ciemne i skondensowane, a zarazem miękkie i soczyste, jest, jakkolwiek nie brzmiałoby to pretensjonalnie, czystą esencjonalnością czerwonego wina. A zwyczajnie i po prostu – jest esencją przyjemności.

W „Winach Europy” Gaussen jest nazwany patriarchą bandolskiej apelacji, dziś już trochę przykurzonym. Przykurzenia w jego Longue Garde 1999 na pewno nie czuć. Pomimo swoich dziesięciu lat to wciąż świeże wino o łagodnych garbnikach. Ma w sobie pogodę i łagodność dojrzałego wieku; komfort starości.

Mój mąż natomiast, gdy mnie nie ma w domu, z upodobaniem dodaje Vignon do omletów. Pije wtedy piwo i czuje się z tym bardzo komfortowo.

Reklamy

Alberello w domu i w laboratorium

Listopad 2, 2009

alberello 015

Uff, minął ciężki czwartek i piątek, kiedy ocenialiśmy podczas ślepej degustacji wina w Grand Prix Magazynu Wino. Nie ujmując tym dniom znaczenia, ich nieszczęście polega na tym, że po porannym wytężeniu zmysłów, wieczorem nie mam najmniejszej ochoty na wino, ba, nie chcę mi się o nim nawet myśleć. Stan ten, nieprzyjemny dla mnie, wydaje mi się przede wszystkim krzywdzący dla samego wina. Co pocieszające, nie trwa on długo, więc już w sobotę mogłam otworzyć wino, które parę dni wcześniej i mnie, i znajomym przy kolacji dało bezapelacyjną przyjemność za jedyne 30 złotych. Już wtedy chciałam o nim napisać, ale, jak później sprawdziłam, wyważałabym drzwi otwarte, bo dostrzeżono je już w kwietniowym panelu Magazynu, w którym nie uczestniczyłam, i oznaczono jako posiadające najlepszy stosunek jakości do ceny.

Alberello Rosso Salento 2006 z winnicy Felline to czysty hedonizm, który nie tak często możemy sobie zafundować w tej cenie. Pijąc je teraz po raz drugi, zdałam sobie sprawę, że tak naprawdę próbuję je po raz trzeci, pobiegłam po wczorajsze konkursowe notatki i znalazłam: zaznaczyłam kółkiem, że mi się podoba, ale w rezultacie porównań i targów z samą sobą, w końcu je odrzuciłam.

Król naszego skromnego dnia w konkursowych zapasach został przeze mnie dobrowolnie zdetronizowany. Mogłabym mieć pretensje do siebie, że nie rozpoznałam smaku, który raz mnie oczarował i nie pozostałam mu wierna. Myślę jednak, że ślepe degustacje w jakimś sensie zniekształcają prawdę o winie. Nie ma, jak mówią, lepszej „obiektywnej” metody oceny, jednak doskonale wiemy, że wina o wyraźnym owocowym charakterze, świeże i pełne wigoru w przypadku białych, a miękkie i beczkowe w przypadku czerwonych w degustacjach w ciemno mają większe szanse. I niezależnie od wiedzy i doświadczenia, nie zawsze głosujemy na to, co w świetle dnia i pite pojedynczo nam się podobało. Wybierając w krótkim czasie jedynie kilka spośród większej ilości win, ulegamy nierzadko winom bardziej ekspresywnym bądź idziemy na kompromisy, oceniając jedno wino beczkowe, jedno nie, jedno południowe, jedno północne. Idziemy za głosem chwilowej zmysłowej przyjemności bądź nie ufając jej zbytnio, staramy się ją przechytrzyć. Ułamek sekundy decyduje czasem, że postanawiamy odrzucić wino, które skądinąd chętnie byśmy pili codziennie. Gdzieś na końcu wyniki wszystkich degustatorów się uśredniają i w tym można upatrywać niejakiego obiektywizmu. Jednak znane są historie słynnych konkursów, kiedy uczestnicy nie byli ze swoich wyborów zadowoleni. Krytykowane przez wielu Château Pavie 2001 w jednej z londyńskich degustacji wyprzedziło takie bordoskie zamki, jak Margaux, Latour czy Lafleur. Często mówi się, że cenione przez Parkera tzw. bomby owocowe z mocnym ekstraktem i dojrzałymi taninami w ślepych degustacjach wypadają lepiej. Ale sam Parker w niejednym konkursie dał najwyższe noty winom, które w swoich przewodnikach ocenił najniżej. Upokorzenie więc nie omija tutaj nikogo. Wygrywają oczywiście wina dobre, świetne i doskonałe. Nie zawsze jednak wśród przegranych znajdują się wina najgorsze.

Ponad wszelką wątpliwość Alberello, skoncetrowany kupaż Negroamaro i Primitivo, w swojej klasie cenowej pozostaje dla mnie świetne.

Jak miałam się okazję przekonać, otwierając ostatnio do kolacji dwa wina z 2006 rocznika, poszczególne butelki mogą się od siebie różnić. W pierwszej dawały znać o sobie lekko przejrzała jeżyna i nuta utlenionej fermentującej aronii, w tle suszone borówki, na końcu przyprawy: goździki, gałka muszkatołowa, liście laurowe i smużka trufli. I myślę, że taką, ewoluowaną już, butelkę degustowałam podczas Grand Prix Magazynu. Druga miała zdecydowanie świeższy owoc, mniej w niej było utlenienia, więcej słodkiej suszonej śliwki, w tle podobne przyprawy. W obu przypadkach mocną słodycz i południowy ekstrakt tego wina równoważyła odpowiednia kwasowość i ziołowa końcówka. Jest to proste wino, ale o gęstej materii, więc wbrew pozorom potrzebuje tej materii w potrawie. Było niezłe do makaronu z grzybami, ale naprawdę pyszne okazało się do jagnięcego tadżinu z suszonymi śliwkami. Do kupienia w Enotece Polskiej na Długiej 23/25 w Warszawie.

Jakiekolwiek miałyby być wyniki konkursów, pozostaje nam się cieszyć, że mamy swoich codziennych faworytów i odkrycia domowego zacisza.