Archive for Wrzesień 2009

Osobny świat

Wrzesień 23, 2009

mołdawia 2148

Mołdawia na wyobraźniowej mapie Europejczyków w zasadzie nie istnieje. „Gdzie to dokładnie jest?” – można nieraz usłyszeć. Również mołdawskie wina słabo istnieją w świadomości winomanów. W Polsce kojarzą się przede wszystkim z najniższą półką. Wybierałam się więc do Mołdawii z tym większą ciekawością i pytaniem, czy stereotyp ten da się obalić. W końcu na wciśniętym między Ukrainę a Rumunię wąskim pasie lądu uprawia się aż 122 tysiące hektarów winnic, co daje największy w stosunku do powierzchni gruntów areał w Europie. Krajowe spożycie wina również jest spore: rocznie wynosi bowiem 28 litrów na głowę (czyli dziesięć razy więcej niż w Polsce). Na tę liczbę składa się jednak przede wszystkim wino produkowane ze stołowych winogron rosnących w przydomowych ogródkach. Pachnie ono rozkładającymi się truskawkami i nosi piękne imiona: Lidia, Isabella, Suruczena… Ponad 90% wina jakościowego szło zawsze na eksport. Paradoksalnie więc Mołdawia, która produkuje rocznie blisko cztery miliony hektolitrów wina, jest krajem, w którym nie ma winiarskiej kultury.

mołdawia

Wielkie bogate winnice stanowią kontrast dla otaczających je biednych wsi. W mołdawskim krajobrazie Bizancjum miesza się z nędzą, wschodnia depresja z południowym farniente. Ubóstwo jakby przykrywają malownicze barwy chat i cerkwi, wieś jest wiejska jak nigdzie w Europie, pomidory i ogórki należą do najlepszych na świecie, no i jest tam bryndza, doskonała bryndza. Przejeżdżając przez wsie, mija się scenki, które nastrojem przypominają filmy Kusturicy. Chłopcy wyciągają starą ładę z rowu, jakąś para wyleguje się pod drzewem, babuszki sprzedają owoce, dzieci wysiadują na murku, pop odprawia przydrożną mszę. Wino stanowi świat cokolwiek osobny.

mołdawia

mołdawia

mołdawia

Piwnice, jakie zwiedzaliśmy, swoim wystrojem przechodziły najśmielsze sny szalonego architekta. Państwowa Cricova to 100 km wyżłobionych w wapiennej skale korytarzy znajdujących się 60-80 metrów pod ziemią. Składują w niej swoje wina liczni notable min. Vladimir Putin.  Znajduje się tu również kolekcja Hermanna Göringa, niestety listy win nam nie udostępniono. Atrakcją samą w sobie jest jednak wystrój licznych sal degustacyjnych, który mnie skojarzył się z radzieckim science-fiction, natomiast Wojtek Bosak i Mariusz Kapczyński optowali za „Doktorem No” . Oceńcie sami.

mołdawia

cricova

cricova

W czasach Związku Radzieckiego Cricova była dostępna jedynie dla rządowych oficjeli. Dziś po podziemnych korytarzach ciuchcią rodem z wesołego miasteczka może przejechać się  każdy, jeśli tylko zechce uiścić opłatę w wysokości 60 euro.

cricova

z kolekcji hermanna goringa

Z kolekcji Hermanna Goringa

kolekcja vladimira putina

Kolekcja Vladimira Putina

Niewiele przepychem od Cricovej odbiegała Vila Sonic – piwnice winnicy Lion Gri, po których ze swadą oprowadzała nas właścicielka Nelly Sonic.

Nelly Sonic/ photo by Ewa Wieleżyńska

Nelly Sonic/ photo by Ewa Wieleżyńska

vila sonic

Znajdowała się w nich również atrapa mołdawskiej tradycyjnej wsi w skali 1:1.

vila sonic

W Château Vartely obwarowanym zamkowym murem urządzono hotel, gdzie do dyspozycji gości oddano bilardową salę wyposażona w basen, saunę oraz ikonę Matki Boskiej.

Przy tych pokazach mocy wino schodziło jakby na dalszy plan, więcej było rozmów o cyfrach niż o smakach i procesie winifikacji. After all, who cares? Only few professionals – zdarzyło nam się usłyszeć. Jakby wino było przede wszystkim towarem obliczonym na szybki zysk i nie miało żadnych wartości estetycznych czy symbolicznych, choćby w najbardziej prymitywnej, marketingowej postaci: wciąż mało się w Mołdawii myśli o konsekwentnym budowaniu marki. Mołdawskich winiarzy przez lata rozpuścił rynek rosyjski (stanowiący 85% eksportu), który brał wszystko bez względu na jakość. Jednak kiedy w 2006 roku Rosjanie obłożyli zakazem import z Mołdawii, tamtejsze winiarstwo pogrążyło się w kryzysie. Zakaz co prawda rok temu zdjęto, jednak w między czasie rynek rosyjski zorientował się, że za mniejsze pieniądze można sprowadzać wina z Hiszpanii czy z Argentyny. W kryzysie tym jest pewna szansa: Mołdawianie muszą zacząć myśleć o konkurencyjności na innych rynkach.

Ostatniego dnia w kiszyniowskim wine barze Symposium mieliśmy okazję przekonać się, że pojawiły się pierwsze jaskółki. Constantin Stratan, enolog Dionisos Mereni, ruszył z osobistym projektem i winifikuje między innymi 100% Rara Neagra. To endemiczny szczep, dający soczyste, skoncentrowane wina, który do tej pory był używany co najwyżej w kupażach  i stopniowo był wypierany przez międzynarodowe Cabernet Sauvignon czy Merlota.

Niektórzy wciąż spoglądają na Stratana jak na dziwaka, świat wina jednak dziwakami stoi.

Więcej o mołdawskich winach w październikowym numerze Magazynu Wino.

O Mołdawii na swoim blogu pisze również Wojtek Bosak.

Reklamy

Winomowa

Wrzesień 6, 2009

copyright by Ronald Searle

Pleasantly scented, very agreeable

W często przywoływanym monologu z Bezdroży Maya zwierza się Miles’owi: „Lubię myśleć o życiu wina, o winie jako żywym bycie […] Uwielbiam to, że wino wciąż ewoluuje, że za każdym razem, kiedy otwieram butelkę, smakuje ona inaczej, niż gdybym otworzyła ją kiedy indziej. Bo butelka wina rzeczywiście żyje – przez cały czas się zmienia, nabiera złożoności – jak twój ’61 Cheval Blanc – a potem zaczyna się jej powolny, nieunikniony schyłek. No i zajebiście dobrze smakuje! (And it tastes so fucking good!)”.

Wypowiadając to ostatnie zdanie, Maya wydaje się najbardziej prawdziwa. Porzuca antropomorfizacje, popada w rozmarzenie i kończy kulturalną rozmowę. Chce pocałować Miles’a, ten robi jednak unik i idzie zrobić siusiu.

Bezdroża dotykają wielu winnych tematów. Ale również i tego: o co nam pijącym wino chodzi? O zmysłową przyjemność (so fucking good) czy o wypełnienie jej słowem?

Marek Bieńczyk mówi, że w winie chodzi przede wszystkim o słowo. Że w życiu nie idzie o to, by panteistycznie rozpylić siebie w smaku i wyciągnąć się rozkosznie w chwili. Że może kobiety to potrafią. Tylko one słodko rozlewają się po bożym świecie. Ale dla niego wino to przede wszystkim ćwiczenie intelektualne. W felietonie Kolano Andrzeja pisze nawet, że kiedy podobni jemu winomaniacy idą do restauracji, największą ich przyjemnością jest lektura karty win oraz przebywanie we własnym, rozumiejącym się bez słów,  monomaniakalnym gronie. O ile lepiej – pisze dalej – spędzać w restauracji czas ze sobą niż z jakimiś przypadkowymi członkami rodziny, typu brat czy żona.

Dla braci i żon nie rozumiejących języka winomaniaków Ronald Searle opublikował w 1983 roku książkę: The Illustrated Winespeak. Ronald’s Searle Wicked World of Winetasting. Z wrodzoną sobie skłonnością do dostrzegania komizmu w ludzkich zachowaniach rysunkami spointował kalki degustacyjnego żargonu. Książkę Searle’a można również czytać jako ilustrowany podręcznik popularnych winiarskich sformułowań.

copyright by Ronald Searle

Coarse but generous

copyright by Ronald Searle

Full bodied, with great character

copyright by Ronald Searle

Lacks subtlety

copyright by Ronald Searle

Unpretentious

Winespeak powstała w okresie, kiedy język winiarskiej krytyki efektywnie się przekształcał. Kwieciste metafory opisujące wino w kategoriach płci czy klasy zaczęły być zastępowane konkretnymi określeniami aromatów: do języka winiarskiego po raz pierwszy weszły specyficzne nazwy owoców i warzyw. Duże zasługi położył w tym względzie Emile Peynaud swoją wydaną w 1980 roku książką Le Goût du Vin, która jako pierwsza dostarczyła degustatorom szczegółowych terminów technicznych. Odległe porównania wydawały się również zbyt hermetyczne dr Ann Noble z uniwersytetu UC Davis w Sacramento, która w 1984 roku opracowała słynne Aroma Wheel – koło pojawiających się najczęściej w winie aromatów. Tym samym chciała uczynić język winiarski bardziej komunikatywnym i dostępnym dla szerokiej rzeszy konsumentów, a nie tylko dla happy few, dzierżących klucze metafor.

Dziś w winiarskim leksykonie mamy do dyspozycji zarówno określenia aromatów, jak antropomorfizujące przymiotniki. Jedne i drugie są przydatne. Jedne i drugie bywają śmieszne. Peynaud był zdania, że czasem trochę fantazji nie zaszkodzi, jednak generalna rada jest taka, żeby nie przesadzić. Nie każde wino zniesie przesadzone opisy i nie każda publiczność zniesie absurd. W oparach absurdu, jakże przyjemnego, często tarzamy się my – winomaniacy.

Ja jednak inaczej niż Marek Bieńczyk, pewnie banalnie i wcale nie winomaniakalnie, może cholera – jakby chcieli specjaliści od genderu – jakoś kobieco widzę przyjemność w piciu wina. Czy ma być ona zmysłowa czy słowna, największa jest dla mnie wtedy, gdy się winem dzielę.  Dlatego wolę iść do restauracji z mężem czy z siostrą niż sama.

Nie wiem jak wy, ale ja nie mogę wybaczyć filmowemu Miles’owi, że wypił swoje Cheval Blanc samotnie pod stołem lokalnego Fast Foodu. W dodatku w styropianowym kubku i wcinając przy tym hamburgera, zamiast – ach tak, wstrzymałyśmy oddech z przyjaciółką – pensjonarsko i naiwnie myślałyśmy, że jedzie z nim do Mayi.

Konfrontacja z mitem

Wrzesień 2, 2009

Chateau de PibarnonZawsze chciałam wypić Château de Pibarnon. Może w dobrym towarzystwie wstyd tak mówić, bo w końcu to klasyka, wszyscy to uznane Bandol pili już po kilka razy, ba, zdążyli nawet porównać roczniki. Ja jednak Château de Pibarnon nigdy nie piłam, jakoś się nie składało, chociaż w Bandol spędzałam wielokrotnie wakacje. Głównie jednak w czasach, kiedy szczyty moich marzeń smakowych stanowiły lody kokosowe i naleśniki z nutellą. Przez długie lata Bandol było w mojej głowie synonimem kolorowego kapitalizmu oferującego nieosiągalne w Polsce jarmarczne przyjemności.

Na początku ubiegłego stulecia był to ulubiony kurort pisarzy. Przyjeżdżali tu Tomasz Mann, Aldous Huxley, D. H. Lawrence i Katherine Mansfield, która ufała, że śródziemnomorskie powietrze wyleczy ją z gruźlicy. Dziś miejscowość zachowała niewiele z literackiego uroku, w sezonie zamienia się w turystyczną dżunglę, w której nie tylko nie mają czego szukać artyści, ale również miłośnicy wina. W miasteczku pije się przede wszystkim hektolitry różowego Côtes de Provence i jakby nikt tutaj nie pamięta, że Bandol to jedyna miejscowość Lazurowego Wybrzeża, która ma własną apelację. Inna sprawa, że tutejsze mourvèdre daje gęste czerwone wina, które lepiej nadają się na zimowe wieczory niż na upalną kanikułę.

u GaussenaMoje odkrycie czerwonych Bandol zaczęło się od spotkania z Jean-Pierre’em Gaussenem. Uśmiechnięty, prostolinijny, ze spracowanymi rękami stanowił kontrast do pań w perłach sprzedających wina w turystycznie nastawionych winnicach. Był to szczęśliwy czas, kiedy nie robiłam notek degustacyjnych, ale zapamiętałam jego wina jako ciemne skondensowane o aromatach czarnych dojrzałych owoców, podbudowanych zwierzęcymi, rustykalnymi nutami. Funky and chunky – jak pisała o bandolskiej apelacji Jancis Robinson – wina Gaussena wyznaczyły dla mnie kanon Bandol jako win słonecznych, po które chętnie sięgamy w rodzimą pluchę. I właśnie zamkniętego w butelce słońca spodziewałam się, kupując pod koniec wakacji na paryskim lotnisku czerwone Château de Pibarnon 2004 w okazyjnej cenie 25 euro.  (W warszawskim Vinariusie rocznik 2003 kosztuje 179 zł.)

Wino zaskoczyło mnie swoim kolorem – przejrzystym, jasnorubinowym, lekko już wpadającym w karmazyn. Miało bardzo finezyjny bukiet – przestrzenny, szeroki, bogaty. Czuć w nim było jeżyny, czereśnie, jagody, ale też nieco smoły, lukrecji, lawendy i prowansalskich ziół: tymianku, rozmarynu. W ustach było niespodziewanie lekkie jak na mourvèdre – którego jest tu 90%, pozostałe 10% to grenache – miało jedwabną fakturę, miękkie, ułożone taniny, niespotykaną jak na Bandol mineralność i miałoby pewnie soczystość, gdyby nie niknęła pod gryzącym pazurem alkoholu (14%). I to niestety alkohol dawał głównie znać o słońcu, gdyż owocu było w smaku zdecydowanie mniej niż bukiecie – jakby uszedł, pozostawiając jedynie ziołowość i zbyt wątłe w stosunku do alkoholu ciało.  Nie pomógł na to ani czas w kieliszkach, ani jagnięcina.

Źle się czuję pisząc nienajlepiej o tej butelce, bo w końcu Pibarnon jest zwane Pétrusem Bandol (obydwie winnice położone są na niebieskich marglach), a co więcej, wiele sobie po tym winie obiecywałam. Rocznik 2004 został oceniony przez Gault Millaut i La Revue du Vin de France na 18/20 punktów, ale już Bettane&Desseauve oceniają go tylko na 15,5 punktu. Potencjał temu winu przypisują jednak bardzo duży – piszą, że należy je pić między rokiem 2009 a 2015. Niektórzy piszą, że teraz wino jest u szczytu. Ale w moim winie owocu już nie było, nie było też przysłowiowej dla Pibarnon harmonii – alkohol zbyt mocno się wybijał. Może to problem tej konkretnej butelki, a może niska cena znajduje tutaj swoją motywację.

Chateau de Pibarnon różoweZdecydowanie lepiej, w swoje klasie, wypadło różowe Château de Pibarnon 2008 (17 euro na lotnisku de Gaulle’a) – w kolorze jasnego łososia, z mgiełką owocu w nosie: nutach brzoskwini, moreli, truskawki, kandyzowanej skórki od cytryny i mocniejszymi aromatami ziół oraz oliwek. Wino wyciszone, eleganckie, subtelne, jednak o potężnej jak na rosé strukturze i wyczuwalnych w gorzkawej końcówce taninach.

Oczywiście nie jest tak, żebym za sprawą jednej butelki lekką ręką pożegnała się z mitem. Z pewnością sięgnę po następne czerwone Pibarnon. Może jednak nie trzeba go kupować na lotnisku, podobnie jak do Bandol nie trzeba jeździć w lecie.

winnica Gaussena