Biodynamika jest passé

Alexander Gysler/photo by Ernst Buscher

Alexander Gysler

Jak napisał pewien złośliwy dziennikarz: w 1924 roku zasady rolnictwa biodynamicznego wyskoczyły z głowy Rudolfa Steinera jako całościowy, raz na zawsze dany system niczym Atena z czaszki Zeusa. Do tej pory w żaden sposób nie udowodniono, dlaczego opracowane przez ojca antropozofii techniki oraz preparaty, które znajdują zastosowanie min. w uprawie winorośli, działają.

A że działają nie mają wątpliwości nie tylko korzystający z nich winiarze, ale także wielu naukowców. Argument z empirii jest jednak jedynym, jakim dysponują, gdyż – jak twierdzi dr Randolf Kauer z Badawczego Instytutu w Geisenheim, który odwiedziłam w lipcu – trudno zdobyć fundusze na naukową analizę tego zjawiska.  Co prawda, w 2005 roku Washington State University opublikował badania, z których wynikało, iż nie znaleziono żadnych różnic w strukturze gleby winnic ekologicznych i biodynamicznych. Te pierwsze eliminują z uprawy wszelką chemię syntetyczną: pestycydy, herbicydy i fungicydy, te drugie poza tym, co robią pierwsze, angażują się w kosztowne i niezwykle pracochłonne stosowanie steinerowskich mieszanek. Nierzadko w swoich działaniach zwracają również uwagę na odpowiednie fazy księżyca oraz położenie planet. Stąd, biodynamika bywa definiowana przez niektórych jako ekologia wzniesiona na wyższy poziom, przez innych jest wyszydzana jako koncept oparty na alchemii i astrologii.

Jeśli o mnie chodzi, kiedy mam w kieliszku dobre wino, chętnie ufam doświadczeniu winiarzy i nie znajduję  powodów, by podważać skuteczność ich praktyk. Ostatnio jednak znalazłam się w sytuacji, kiedy morze mojej dobrej wiary okazało się ograniczone.

Alexander Gysler, często określany jako wschodząca gwiazda Hesji Nadreńskiej goszcząc w swojej winnicy grupę dziennikarzy, stwierdził, że biodynamika jest już passé, przyszłość należy do bioenergetyki. – ??? – Żadnej chemii, siarki, miedzi, jedynie woda energetyzowana światłem, płytkami Tesli, kapsułkami Trilacu i muzyką. – ??? – Najlepsze do tego celu są śpiewy gregoriańskie. Tu nastąpił pokaz książki Masaru Emoto ze zdjęciami krystalizowanej wody. Piękne regularne wzory zamrożonej wody będącej pod wpływem Chopina, Bacha, Beethovena… I szpetne kształty, jakie nadawały wodnym kryształom  przeboje Presleya albo heavy metal.

Nie trudno zgadnąć, że czekaliśmy w napięciu na wina. Ale nie, nie było w nich nic równie elektryzującego jak w teorii. Były smaczne – to chyba jest najlepsze określenie. Choć, gwoli rzetelności, należy dodać, że pochodziły jeszcze z upraw biodynamicznych. Kwiatowe nuty, w ustach wyeksponowany owoc, dobra kwasowość, sporo mineralności i dużo słodyczy. Styl przypominający Mozelę. Ładne. I naprawdę good value for money. Ceny kształtowały się od 4 euro za podstawowe Sylvanery i Rieslingi do 12 za znakomite Huxelrebe Beerenauslese, które serwowane jest w biznes klasie Lufthansy. Najwyraźniej Gysler jak wysoko mierzy, tak mocno czuje grunt pod nogami. Pewnym estetycznym rysem na winach bądź co bądź ulegającego poetyckim teoriom właściciela wydawały się jedynie metalowe nakrętki. Ale może się czepiam, bo fantastyczna opowieść kazała mi się spodziewać czegoś, co nad poziomy wylata. Kto wie, może przyjdą czasy, kiedy zamiast szukać śladów gleby w winie, będziemy zastanawiać się, czym były energetyzowane winnice. Mahlerem czy Mozartem? Mówiąc poważnie: wolę w winie mniej abstrakcji, więcej ziemi.

Reklamy

Tagi: , , , ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: