Zmiana adresu/address change

Czerwiec 28, 2010

Blog Ewy Wieleżyńskiej został przeniesiony pod adres:

http://blogi.magazynwino.pl/wielezynska/

Ewa Wieleżyńska’s blog has been moved to:

http://blogi.magazynwino.pl/wielezynska/

Vinitaly okiem strange journalist

Kwiecień 6, 2010

W świecie idealnym konkursy winiarskie byłyby wielkim świętem wina, którego pierwszym celem jest ukoronowanie najlepszych butelek, w świecie realnym są wielkim biznesem, gdzie liczą się przede wszystkim pieniądze.

Na tegoroczną 18 edycję międzynarodowego konkursu Vinitaly odbywającego się w Weronie spłynęło ponad 3600 butelek z 27 krajów, z czego 70% stanowiły wina włoskie. Za każdą wysłaną butelkę producent musiał zapłacić 138 euro, łatwo więc obliczyć, że stanowi to około pół miliona europejskiej waluty do rozdysponowania. Do udziału w jury zaproszono 42 zagranicznych dziennikarzy (strange journalists, jak z wdziękiem przekładała tłumaczka), 21 zagranicznych enologów (strange oenologists) i 42 enologów włoskich (tym razem: italian). Nie chcę się bawić w dziennikarza śledczego i dokładnie prezentować tu koszty organizacji; jest jasne, że zarabia się na tym interesie niemałe pieniądze. I dobrze, niech moc będzie z tymi, którzy to potrafią. Byłoby jednak lepiej, gdyby oprócz pompatycznej oprawy zadbano również o jakość degustacji i wypracowano lepszy system oceniania. To jednak nie sprawiało wrażenia kwestii priorytetowej. W tym wypadku nie wierzę w statystykę i śmiem twierdzić, że końcowe wyniki konkursu są w dużej mierze przypadkowe. Oto dlaczego.

1. Jury Vinitaly zostało podzielone na 21 pięcioosobowych komisji składających się z dwóch dziennikarzy i trzech enologów. Wszyscy z całkowicie innym przygotowaniem; kwestię te jednak zostawmy na boku, gdyż organizacyjnie jest praktycznie nie do rozwiązania: trudno zapraszać ludzi z odległych krajów i odsyłać ich w razie, gdy nie przejdą testu. Rozsądnie jednak jest uczynić założenie, że komisja komisji nierówna.

2. Podczas czterech dni eliminacji każda z komisji degustowała inne wina skategoryzowane w 16 ogólnych grupach określonych regulaminem. Trzy podstawowe grupy stanowiły wina spokojne, musujące i półmusujące, dalej podzielone ze względu na kolor, wiek i rodzaj dojrzewania; w przypadku win słodkich ze względu na poziom cukru resztkowego, a w przypadku musujących na metodę fermentacji.

O ile ze względu na ramy czasowe konkursu, można zrozumieć, że w czasie eliminacji wina zostały rozparcelowane po różnych komisjach, o tyle wydaje się pomysłem niedobrym, by podczas sesji finałowej jedynie 5 komisji degustowało te same wina.

3.  Wszystkie degustowane wina podawano nam za ciepłe. Nie mierzyłam temperatury białych, czerwone sięgały 24 stopni.

4. Szczegółowe kryteria dobierania win do sesji degustacyjnych, na jakie składało się 12-13 próbek, pozostają na Vinitaly całkowicie nieprzejrzyste. Ten rodzaj degustacji, zwany double blind, grupuje razem wina z różnych nieujawnianych komisjom szczepów i krajów pochodzenia. Konkursy, gdzie w poszczególnych sesjach zestawia się ten sam szczep, region geograficzny bądź typ, i informację o tym się ujawnia, uważam za bardziej miarodajne.

Oczywiście idealistyczne założenie jest takie, że wprawny degustator rozpozna próbkę; wśród kryteriów oceny jest wszakże punkt: genuineness, a więc jak rozumiem autentyczność, szczerość, wierność odmianie. Prawda natomiast jest taka, że przy takiej skali i rozpiętości konkursu nawet najwprawniejsi degustatorzy mylą się często, wprawni mylą się bardzo często, a najmniej wprawni przez cztery minuty, jakie mają na wypełnienie degustacyjnego arkusza, w ogóle nie zawracają sobie głowy rozpoznaniem próbki. Tradycyjnie przepadają w tej degustacji wina o wątlejszym ciele, mniejszym ekstrakcie, subtelniejszym bukiecie, zwłaszcza, że na ich niekorzyść działa metoda ewaluacji opracowana przez Union Internationale des Œnologues przedkładająca w moim przekonaniu doskonałość techniczną  nad typowość i złożoność.

5. Metoda ta, operująca stupunktową skalą, dzieli ocenę na trzy ogólne kategorie: kolor, za który maksymalnie wino może otrzymać 18 punktów, bukiet – maksymalnie 30 punktów, smak – maksymalnie 44 punkty, plus jest jeszcze ocena końcowa: maksymalnie 8 punktów.  Jednak poszczególne kryteria dzielą się na od 3 do 6 podkryteriów, stąd degustator w pośpiechu dokonujący szczegółowej analizy może łatwo zagubić obraz całości. I nie zawsze suma końcowa jest tą, jaką chciał winu nadać. Można oczywiście sobie radzić, szykując gotowce na 80 punktów na przykład, jak to czynili niektórzy, i dalej odejmować lub dodawać w osobnych krateczkach, posługując się wzorcem. Można najpierw dać ocenę końcową i jeśli liczy się szybko, podporządkowywać jej poszczególne punkty. Tak czy owak, statystycznie rzecz biorąc kilkupunktowe wahania w jedną lub drugą stronę były rzeczą nagminną. Mało komu chciało się kruszyć kopie o punkt czy dwa, nie zawsze zresztą starczało czasu na wypełnianie arkusza od nowa. Dlatego sensowniejszym rozwiązaniem byłoby pozwolenie degustatorom na dokonywanie analizy w cichości sumienia i operowanie stupunktową skalą od razu.

W końcowej kalkulacji oceny najniższe (te dają strange jornalists poszukujący oryginalności) i najwyższe (tę dają strange oenologists zainteresowani przede wszystkim poprawnością techniczną) zostają pomijane. Obowiązuje więc tutaj zasada ograniczonego zaufania do zaproszonych gości: średnią arytmetyczną wyciąga się z ocen środkowych.

Z tych wszystkich powodów najlepsi producenci i najbardziej znani degustatorzy konkursy omijają z daleka.

Czego nauczyłam się na Vinitaly? Niewiele. Może wymagam za dużo, ale nie oczekując profitów finansowych, spodziewam się benefitu w postaci nauki, która byłaby możliwa, gdyby po każdej sesji zechciano nam ujawnić szczepy i kraje degustowanych próbek. Albo gdyby była możliwa dyskusja w ramach komisji, co, w moim przekonaniu, wpłynęłoby pozytywnie na adekwatność ocen. Na Vinitaly członkowie jury są maszynami do robienia punktów.

Imponujące wrażenie robił natomiast codzienny pokaz sommelierów, którzy przy każdej sesji wykonywali synchroniczny taniec, z lekkością poruszając się po sali pod dyktando głównego wodzireja, przewodniczącego komisji Giuseppe Martelliego. Jego hipnotyczny głos, powtarzający po tysiąckroć: prego, prego, prego, tak bardzo wniknął w moje zakończenia nerwowe, że budził mnie rano, zanim jeszcze zadzwonił budzik. Prego, prego, prego… Miękkie Do przodu! Marsz!

Giuseppe Martelli w primaaprilisowym przebraniu

Poza tym Werona piękna, hotel o niegdysiejszym przepychu, karmiono i pojono nas wprawdzie średnio (owszem, dziennikarze winiarscy to najbardziej malkontencka profesja świata), towarzystwo swojskie, aczkolwiek codzienne small talki bywają męczące. Nie było jednak od nich ucieczki, bo nawet gdy mieliśmy dwa wolne wieczory (o dwie kolacje mniej dla organizatorów i o dwie znacznie lepsze dla nas), to i tak jedni drugim usiłując umknąć, spotykaliśmy się w końcu w Bottega del Vino. Cóż, wszystkie drogi prowadzą do Rzymu. Przynajmniej gdy człowiek jest strange journalist. A jeśli potrafi o tym zapomnieć i pobłażliwie powściągnie swój krytycyzm, wtedy everything is cool i viva la dolce vita! Można mieć całkiem udane wakacje. Tylko czy o to w tym wszystkim chodzi?

Lucynka w Klekotkach

Marzec 25, 2010

Od Valpolicelli trzymałam się raczej na dystans. Ze wszystkich „prostych win do kuchni domowej”, jak to zgrabnie ujął Tadzio Pióro, ta wydawała mi się nazbyt miękka, już samym brzmieniem zbyt dziewczyńska, za mało garbnikowa, za bardzo zbliżona swoją naturą do wiśniowego soku, a za mało winna. Nic w tym osobliwego, błąd to powszechny, taki obraz Valpolicelii ma większość konsumentów. Znalazł się wśród nich i sam Robert Parker, który nazwał Valpolicellę „mdłym przemysłowym chłamem”. Nie bez powodu oczywiście. Veneto jest najbardziej płodnym regionem Włoch, który od połowy lat 90. wyprzedza rozmiarami produkcji wcześniej przodujące Apulię i Sycylię. Większość winnic znajduje się więc w rękach kooperatyw nastawionych na wytwórczość masową. Nie było też łatwo o dobrą Valpolicellę w Polsce, przez lata jej wizerunek wyznaczał komercyjny producent Pasqua, którego to Valpolicellę piłam z niejaką życzliwością kilka lat temu w Tajlandii, gdzie o wina europejskie trudno. Ale żeby kupować ją w Polsce?

Obraz Valpolicelli odczarowała dla mnie w mroźną zimową noc butelka od Tedeschiego. 2008 Lucchine Valpolicellę Classico przywiózł do Klekotek Michał Poddany, którego stopień spoufalenia z tym winem i sympatia dla niego są na tyle duże, że nazywa je pieszczotliwie Lucynką. Myliłby się jednak ten, kto by pomyślał, że Lucynka to spolegliwa dziewczynka. Wino to choć proste i codzienne, znajduje się na antypodach tego, co można by nazwać łatwością. Powstaje z ręcznie zbieranych gron, które przechodzą krótką macerację i fermentację z kontrolą temperatury, co ma mu zapewniać owocową świeżość. Obok apetycznego sorbetu z wiśni i borówek pojawiają się tu jednak również nuty iglaste, ziemiste, liściaste, które nadają temu winu leśny charakter. Delikatnie ziarnista faktura, zadziorna kwasowość i mocno ziołowa końcówka komponowały się genialnie z legendarnym klekotkowym kulebiakiem. Lucchine dobitnie udowadnia tezę, jakiej Tedeschi poświęca wiele wysiłku, że corvina może produkować światowej klasy wina bez uciekania się do appassimento.

Żeby się o tym przekonać musiałam pojechać do Klekotek – mazurskiego SPA, powstałego wokół XVII-wiecznej posiadłości młynarza. Do tej pory, podobnie jak od Valpolicelli, trzymałam się od SPA raczej na dystans – z tego samego lęku o zderzenie z nadmierną komercją. Młyn Klekotki pokazuje, że może być inaczej. To hotel o światowym standardzie, który poza wszelkimi dogodnościami, ma przede wszystkim wspaniały genius loci. Stara architektura została zachowana, nowa stylistycznie komponuje się ze starą, wnętrza cieszą oczy, krajobraz jest zjawiskowy, tereny ogromne, więc nic nas nie skazuje na przebywanie w stadzie. A poza wszystkim jest tam wspaniała kuchnia obfitująca w regionalne specjały oraz świetnie zaopatrzona piwnica, zgodnie z zasadą „jedz lokalnie, pij globalnie”. Nawet siarczysta zima, było wtedy -30, zupełnie nam nie przeszkadzała, wręcz przeciwnie było przepięknie, a co odważniejsze towarzyszki biesiady pobiegły ochoczo z kieliszkami Valpolicelli przez śnieg, w negliżu, do stojącego w polu parującego jacuzzi.

Siedząc teraz, w wiosenny dzień, z kieliszkiem Lucchine, myślę, że to jedno z najlepszych zimowych wspomnień. I jeszcze jedna banalna myśl telepie mi się po głowie: że nie tylko Valpolicella, ale także i Polska bardzo się zmienia. Wiem, wiem, to banał, ale za każdym razem, kiedy to widzę, strasznie się cieszę.

(2008 Lucchine Valpolicella Classico – do kupienia u Roberta Mielżyńskiego za 35, 90 PLN)


Szkoła uczuć degustatorów

Luty 18, 2010

Zamieszczona w książce Benjamina Wallace’a The Billionaire’s Vinegar dykteryjka powiada: Abe kupił ładunek sardynek, który wcześniej już wielokrotnie sprzedano i za każdym razem z zyskiem. Jednak w przeciwieństwie do poprzednich kupców Abe zadał sobie trud, by otworzyć jeden z nabytych kartonów. Sardynki były wstrętne. Zadzwonił do Joe, od którego je kupił, by usłyszeć: „Ależ Abe te sardynki są do handlowania, a nie do jedzenia”.

Napisana z ironią książka Wallace’a to jednak więcej niż bezlitosna kpina z rynku winiarskich białych kruków. Jeden z amerykańskich blogerów porównał ją do tołstojowskiej Wojny i pokoju. Zachowajmy jednak proporcje; dość powiedzieć, że jest to wypełniona powieściowym współczuciem historia o nieposkromionych pasjach i straconych złudzeniach.

Mrocznym obiektem pożądania jest tu wino, pożądane tym bardziej, że osiągalne cenowo dla niewielu, a dla tych, dla których osiągalne – nieprzeznaczone do konsumpcji. Tak czy owak pozostające w świecie fantazji. Choć Malcolm Forbes po przebiciu rekordu cenowego, jaki kiedykolwiek osiągnęła butelka wina, przez swojego syna, który w 1985 roku zakupił na prowadzonej przez Michaela Broadbenta aukcji w Christie’s Château Lafite 1787  za 156 000 $ nie bardzo zrozumiał tę fantazję, wściekł się i w wywiadzie telewizyjnym udzielonym jeszcze tego samego dnia burknął: „Rodzina Forbesów miałaby się znacznie lepiej, gdyby Thomas Jefferson wypił to cholerstwo”.

No właśnie, skoro już znajdziemy się w posiadaniu wiekowej butelki (pofantazjuję sobie przez chwilę) to pić czy nie pić, oddając się marzeniom o tym, jak mogłaby smakować? Kalifornijski winiarz André Tchelistcheff popijając Lafite 1898 stwierdził: „Degustowanie starego wina jest jak uprawianie miłości ze starszą damą”. Po teatralnej pauzie: „To jest możliwe”. Po kolejnej pauzie: „To może być nawet przyjemne”. I po ostatnim łyku: „Ale wymaga pewnej dozy wyobraźni”. Tak czy owak skazani jesteśmy na imaginację. To ona prowadziła pióra słynnych degustatorów, którzy na przyjęciach urządzanych przez Hardy’ego Rodenstocka sporządzali notatki z legendarnych Yquem 1811, Margaux 1900, Pétrusa 1921, Mouton 1945 i wielu innych starszych roczników. Niektórzy wypowiadali się nawet, że kto nigdy nie spróbował win sprzed filoksery, powinien w ogóle powstrzymać się od oceniania, bo nie ma o winie pojęcia.

Sprawa komplikuje się jednak w świetle naukowych odkryć, które niechybnie wskazują na to, że Hardy Rodenstock fałszował wina, choć nigdy mu tego sądownie nie udowodniono. Poza wszystkim popełnił parę głupich błędów – zdarzało mu się na przykład zniekształcać kolory i rozmiary etykiet, a nawet puścić w obieg wina, które nigdy nie istniały: w roku 1947 Romanée Conti nie miało zbiorów wcale, a Pétrus 1921 nie powstał w butelce magnum. Pétrus, którym zachwycał się Parker i napisał, że wykracza poza 100-punktową skalę. Jancis Robinson do dziś jest przekonana, że Yquem 1811 z kolekcji Rodenstocka należało do najwspanialszych win, jakie kiedykolwiek piła. I że jeżeli było fałszywe, to ktokolwiek je stworzył, zasługuje na pełen szacunek. Co jednak teraz począć z tymi wszystkimi notkami degustacyjnymi czy z książką Broadbenta opisującą stare roczniki, które w większości pochodziły z kolekcji niemieckiego oszusta?

Książka Wallace’a dobitnie pokazuje, że w winie nie chodzi o prawdę, lecz o wzruszenia. O grę naszej wyobraźni. Między ustami a brzegiem pucharu, czy tego chcemy czy nie, panoszy się zmyślenie. I to za nasze zmyślenia, a nie za prawdę, jesteśmy gotowi w życiu słono płacić.

Biedny Bill Sokolin, który zbił w nowojorskim Four Seasons Hotel swoją ubezpieczoną na 212 000$ butelkę Margaux 1787 (who knows czemu zbił mówią złośliwi), wypowiedział znamienne słowa: „Jeśli o mnie chodzi, butelka była prawdziwa, ponieważ w to wierzyłem. A poza tym spróbowałem tego wina i było to absolutne świństwo. Świństwo. Więc pomyślałem: Jezu, może jest prawdziwa.” A Benjamin Wallace konkluduje: „Jeśli fałszywe wino jest serwowane na degustacji i nikt tego nie zauważa, czy miałoby to jakiekolwiek znaczenie, gdyby było ono prawdziwe?”

Największym przegranym całej tej historii jest sam demiurg Hardy Rodenstock, który szczodrze dostarczał wzruszenia innym, lecz sam był ich pozbawiony. Mówię to bez cienia współczucia.

Suma przyjemności

Styczeń 18, 2010

Wczoraj w jednym z winiarskich sklepów Warszawy sympatyczny sprzedawca zachwalając mi kolejne butelki, namiętnie używał przymiotnika „konsystencyjny”. „Naprawdę bardzo konsystencyjne wino, proszę pani” – powtarzał. Neologizm bardzo mi się spodobał, choć jego czar nie zadziałał na tyle, bym na owe „konsystencyjne” butelki dała się namówić. Chociaż pan miał niewątpliwą rację, uciekając się do swojego określenia, bo tak jak istnieją pewne cechy narodowe, istnieją też zakreślone przez geografię upodobania smakowe i my Polacy zdecydowanie „konsystencyjne” wina lubimy. Czy wpływ ma na to chłodny klimat, czy upodobanie do słodyczy, które nam wpoiły stołówkowe kompoty czy też skłonność do trunków mocniejszych nieco, mniejsza o to. Idea dobrego czerwonego wina, nasza „ikona stylu” to wino gęste, esencjonalne, wygładzone beczką, z miękkimi taninami i najlepiej z odrobiną cukru resztkowego. Snobizm przybiera u nas masywne szaty i wyrafinowanie najbardziej snobistycznej apelacji świata, jaką jest Burgundia, do nas nie przemawia. Jeśli już mamy wydać na wino większe pieniądze, lepiej by ta suma przekładała się na oczywistą moc.

A ceny burgundów są owszem wysokie, więc nie sprzedają się one u nas najlepiej i są słabo obecne na polskim rynku, choć sytuacja się poprawia, o czym pisaliśmy już w Magazynie Wino (5/2009). Nie wszyscy importerzy mają też w ofercie wina ze starszych roczników, a burgund jak mało które wino potrzebuje kilku lat w butelce. Więc kiedy znajdzie się już wśród nas taki, kogo nagle dociśnie niecierpliwa chęć na porządnego burgundzkiego pinota, w dodatku w cenie, która by nas nie zmuszała do ewentualnych kłamstw przed współmałżonkiem, nie jest wcale łatwo tej chęci schlebić. Ale niecierpliwe chęci są wytrwałe i znajdują w końcu swoją realizację. Moja znalazła w Maranges 1er Cru La Fussière 2007 od Rogera Bellanda. (Mersault od tego producenta otrzymało tegoroczny brązowy medal w Grand Prix MW).

Maranges uważana jest za najpośledniejszą z burgundzkich premiers crus, niektórzy nawet podważają jej przynależność do Côte d’Or, jako że leży już w Saône-et-Loire, jej wzgórza mają odmienną od reszty regionu, południową ekspozycję i choć załapuje się na ostatni pas typowego dla Côte d’Or wapienia, w skład jej gleby wchodzą również bogate w magnez dolomity i łupki ilaste. Co w konsekwencji daje pinoty mniej mineralne, bardziej krągłe, o cieplejszym charakterze. Marek Bieńczyk napisał, że mało inspirujące, choć tanie. Ale w końcu nie zawsze szukamy inspiracji na dłuższy elaborat, czasem na blognotkę wystarczy. Podobnie jak nie co wieczór trzeba jeść kolację z inspirującym facetem i częściej zadowala nas po prostu komunikatywny.

Roger Belland wpisuje się swoimi burgundami w nową burgundzką falę – win otwartych, szczodrych, apetycznych. Winifikacja La Fussière przebiega w niskich temperaturach, co ma wzmocnić aromaty czerwonych owoców i złagodzić garbniki. Owoc rzeczywiście jest tu pięknie wydobyty, ale wachlarz zapachowy jest bardziej przestronny, oprócz truskawki i kwaśnej wiśni, w tle pojawiają się fiołki, nutka torfu i kamienna mineralność, której i w ustach jest niemało. Wino skoncentrowane, intensywne, choć nie brakuje mu burgundzkiej zwiewności i aksamitnego dotyku. Pełne z nadającą mu gibkość kwasowością. Nie trzeba się w nie specjalnie zagłębiać, co niektórym może zdawać się mało inspirujące, jednak natychmiastowa przyjemność, którą oferuje już za młodu, jest naprawdę nie do pogardzenia. Rocznik 2007 jest gotowy do picia, choć spokojnie na jakieś pięć lat można go jeszcze odłożyć. Wino jak na burgunda treściwe, a jak na Maranges naprawdę głębokie i długie. 82 złote i 50 groszy to mało na butelkę wina nie jest, ale w tym przypadku wszystko mi się zwróciło. Subtelność czasem bardziej popłaca niż „konsystencyjność”. I nie ma się po niej kaca.

Do kupienia u Roberta Mielżyńskiego.

Na dobry koniec roku

Grudzień 30, 2009

Miasto zastygło w międzyświątecznym bezczasie. Rodzina wyjechała, mieszkanie posprzątane, zeszłoroczne prace oddane, na przyszłoroczne jeszcze nie przyszła pora, garderoby na jutrzejszy wieczór szykować nie muszę – na żaden bal, na szczęście, się nie wybieram. Cisza i spokój. Pewnie groziłby mi marazm, gdyby nie podarowana butelka Saffredi 2006 z toskańskiej Maremmy. Bardzo miły koniec roku. Przytulne i ciepłe popołudnie.

Saffredi to jeden z pierwszych supertoskanów, który rocznikiem 2006 obchodzi swoje dwudziestolecie. Z tej okazji Elisabetta Geppetti, właścicielka Fattoria Le Pupille wypuściła je w świat z nową etykietą, która – jak mówi – przypomina odświętną suknię. Jednak niechaj inni oblewają Saffredim swoje rocznice, dla mnie pozostanie ono winem domowego zacisza. Ze szczodrym owocem ciemnej wiśni, czarnej porzeczki i jeżyny, delikatnymi nutami rozmarynu i sosu sojowego w tle, miękką sztruksową fakturą, która z czasem niechybnie przejdzie w aksamit, przeciągłą kwasowością, dojrzałymi taninami i długą mineralną końcówką – wino to ma wszystko, czego od wina oczekiwać można. Mogłabym co prawda ubolewać, że piję je tak wcześnie, bo prawdziwą wielkość osiągnie ono dopiero za jakieś lat dziesięć, ale pod koniec roku nad niczym ubolewać nie zamierzam, może jedynie nad tym, że nie mogę o Saffredim powiedzieć tego, co Johnny Depp powiedział o Chateau Calon-Ségur, że „wino to ma bardzo przystępną cenę, poza tym jest wspaniałe i dlatego piję je na co dzień”. Zresztą o Calon-Ségur też bym tak chciała powiedzieć. Choć rocznik 2006 na pewno nie byłby jeszcze gotowy, a w każdym razie dużo mniej gotowy niż Saffredi. Ciekawe jakie roczniki pija Depp na co dzień?

Zostawmy jednak marzenia na boku, zachowajmy je na rok przyszły, dzisiaj mamy w kieliszku bardzo porządne wino, od którego odrywać się nie należy i które, jak na swój  młody wiek, jest zaskakująco ułożone i otwarte. Co prawda toskański kupaż Caberneta z Merlotem z niewielką domieszką Alicante, mógłby zdawać się miłośnikom Bordeaux nazbyt gładki, ale ja takich win czasami bardzo potrzebuję, a już zwłaszcza w przededniu sylwestrowej depresji: intensywnych, zmysłowych, głębokich, lecz nieskomplikowanych. Szczodrych i nie stawiających oporu.

I takiego właśnie – szczodrego i nie stawiającego oporu – kolejnego roku sobie i Państwu życzę. Oraz, rzecz jasna, jak najlepszych win codziennych.

Comfort wine

Listopad 4, 2009

Bandol Longue Garde

Dbający o moją rzetelność dziennikarską mąż sprowadził dla mnie ze Stanów Vignon – przyprawę, o której idei napisałam już krytyczny felieton w październikowym numerze Magazynu. Nie było więc rady trzeba było urządzić kolację, która miałaby obalić bądź potwierdzić  (ucierając mi nosa) jej zalety. Vignon, jak głosi etykietka, jest all natural wine friendly, uczyni każde wino gładkim i pysznym (smooth and delicious), można go stosować zamiast soli, ma zero kalorii i nie zawiera glutaminianu sodu. Zawiera za to sól morską (zamiast soli), grzybki shitake, suszone pomidory,  ekstrakt drożdżowy, sos sojowy i różne naturalne aromaty, jak cytrynowy, serowy, czy czosnkowy. Innowacyjność tej przyprawy ma polegać na tym, że dodana do jedzenia, zrównoważy smak każdego wina i każdego dania tak, że wszystko świetnie się ze sobą połączy, by nie powiedzieć, pomiesza.

Udałam się więc na Wiktorską po rybę, pod Halę Mirowską po polędwicę (niczego w tym mieście nie można kupić w jednym sklepie albo przynajmniej w dwóch pobliskich),  przygotowałam mocno kwasowy Riesling Estate 2008 od Breuera i butelkę Bandol Longue Garde 1999 od Jean-Pierre’a Gaussena. Mieliśmy sprawdzić, to znaczy głównie mój dociekliwy mąż  („bo ja zawsze wszystko muszę wiedzieć”), czy Riesling z krwistym mięsem przy Vignon okaże się świetny, a potężne Mourvèdre  zagra z rybą.

Vignon

Dorada ze sklepu na Wiktorskiej okazała się świetna. Wybrałam się tam pierwszy raz i ucięłam uroczą pogawędkę z panem w stylowym berecie, który pouczył mnie, że przegrzebki nie mają nic wspólnego z małżami Świętego Jakuba, bo przegrzebki to po francusku „coques”.  Nulla dies sine linea! Dzień zapowiadał się na spełniony. Niestety przy kolacji pieczeń nie spełniła pokładanych w niej oczekiwań, okazała się sucha i twarda (nie da się jednak kupić porządnej polędwicy za 30 złotych, choć już się cieszyłam), a  Vignon spełniło najgorsze przeczucia. Smakuje jak Vegeta, tyle że jest bardziej słone, nie ma w nim jak w Vegecie cukru, a jego sekret równoważenia wina i potraw polega na tym, że w ustach uporczywie utrzymuje się smak sosu sojowego zabijający wszystkie inne aromaty. Ani dorada, ani Breuer, ani Gaussen na to nie zasługiwali.

Breuer jak zawsze okazał się niezawodny, a Gaussen przyniósł prawdziwe pocieszenie przy łykowatym mięsie, które można było sobie podarować i pić, pić, pić… Gdyby nie to, że butelka nam się szybko skończyła.

Nigella Lawson często pisze o comfort food – takim , co kojarzy się nam z dzieciństwem, niesie ukojenie, odgania chandrę  i od którego po prostu nie możemy się oderwać. Zważywszy, że łapią się na to pojęcie często niezbyt wyszukane potrawy i niechlubne słabości, zawsze uważałam je za ambiwalentne, jeśli nie lekko pejoratywne. Jednak myśląc o Bandol Gaussena, które w jakimś sensie odbiły się na moim winiarskim dzieciństwie, określenie comfort wine uparcie pcha mi się do głowy. Zaproszona na kolację nasza przyjaciółka powiedziała, że to wino jest jak wieczór, który spędzamy w domu i jest nam z tym dobrze.

Jean-Pierre Gaussen Bandol Logue Garde 1999 to potężne, gęste wino o głębokich aromatach czarnych owoców. Słodkie jeżyny i ciemne czereśnie są w nim równoważone bardziej wstrzemięźliwymi nutami: lawendy, skóry i ziół prowansalskich. Jest w nim ciepłe światło południowej Francji i surowość tamtejszych skał rysowanych twardą Cézanne’owską kreską.  W ustach trwa jak pękająca garść dojrzałych owoców, których sok łącząc się z subtelnymi ziołowymi smakami , tworzy lekko ziarnistą fakturę. Mam wrażenie, że Bandol Gaussena odwołuje się we mnie do jakichś atawizmów: ciemne i skondensowane, a zarazem miękkie i soczyste, jest, jakkolwiek nie brzmiałoby to pretensjonalnie, czystą esencjonalnością czerwonego wina. A zwyczajnie i po prostu – jest esencją przyjemności.

W „Winach Europy” Gaussen jest nazwany patriarchą bandolskiej apelacji, dziś już trochę przykurzonym. Przykurzenia w jego Longue Garde 1999 na pewno nie czuć. Pomimo swoich dziesięciu lat to wciąż świeże wino o łagodnych garbnikach. Ma w sobie pogodę i łagodność dojrzałego wieku; komfort starości.

Mój mąż natomiast, gdy mnie nie ma w domu, z upodobaniem dodaje Vignon do omletów. Pije wtedy piwo i czuje się z tym bardzo komfortowo.

Alberello w domu i w laboratorium

Listopad 2, 2009

alberello 015

Uff, minął ciężki czwartek i piątek, kiedy ocenialiśmy podczas ślepej degustacji wina w Grand Prix Magazynu Wino. Nie ujmując tym dniom znaczenia, ich nieszczęście polega na tym, że po porannym wytężeniu zmysłów, wieczorem nie mam najmniejszej ochoty na wino, ba, nie chcę mi się o nim nawet myśleć. Stan ten, nieprzyjemny dla mnie, wydaje mi się przede wszystkim krzywdzący dla samego wina. Co pocieszające, nie trwa on długo, więc już w sobotę mogłam otworzyć wino, które parę dni wcześniej i mnie, i znajomym przy kolacji dało bezapelacyjną przyjemność za jedyne 30 złotych. Już wtedy chciałam o nim napisać, ale, jak później sprawdziłam, wyważałabym drzwi otwarte, bo dostrzeżono je już w kwietniowym panelu Magazynu, w którym nie uczestniczyłam, i oznaczono jako posiadające najlepszy stosunek jakości do ceny.

Alberello Rosso Salento 2006 z winnicy Felline to czysty hedonizm, który nie tak często możemy sobie zafundować w tej cenie. Pijąc je teraz po raz drugi, zdałam sobie sprawę, że tak naprawdę próbuję je po raz trzeci, pobiegłam po wczorajsze konkursowe notatki i znalazłam: zaznaczyłam kółkiem, że mi się podoba, ale w rezultacie porównań i targów z samą sobą, w końcu je odrzuciłam.

Król naszego skromnego dnia w konkursowych zapasach został przeze mnie dobrowolnie zdetronizowany. Mogłabym mieć pretensje do siebie, że nie rozpoznałam smaku, który raz mnie oczarował i nie pozostałam mu wierna. Myślę jednak, że ślepe degustacje w jakimś sensie zniekształcają prawdę o winie. Nie ma, jak mówią, lepszej „obiektywnej” metody oceny, jednak doskonale wiemy, że wina o wyraźnym owocowym charakterze, świeże i pełne wigoru w przypadku białych, a miękkie i beczkowe w przypadku czerwonych w degustacjach w ciemno mają większe szanse. I niezależnie od wiedzy i doświadczenia, nie zawsze głosujemy na to, co w świetle dnia i pite pojedynczo nam się podobało. Wybierając w krótkim czasie jedynie kilka spośród większej ilości win, ulegamy nierzadko winom bardziej ekspresywnym bądź idziemy na kompromisy, oceniając jedno wino beczkowe, jedno nie, jedno południowe, jedno północne. Idziemy za głosem chwilowej zmysłowej przyjemności bądź nie ufając jej zbytnio, staramy się ją przechytrzyć. Ułamek sekundy decyduje czasem, że postanawiamy odrzucić wino, które skądinąd chętnie byśmy pili codziennie. Gdzieś na końcu wyniki wszystkich degustatorów się uśredniają i w tym można upatrywać niejakiego obiektywizmu. Jednak znane są historie słynnych konkursów, kiedy uczestnicy nie byli ze swoich wyborów zadowoleni. Krytykowane przez wielu Château Pavie 2001 w jednej z londyńskich degustacji wyprzedziło takie bordoskie zamki, jak Margaux, Latour czy Lafleur. Często mówi się, że cenione przez Parkera tzw. bomby owocowe z mocnym ekstraktem i dojrzałymi taninami w ślepych degustacjach wypadają lepiej. Ale sam Parker w niejednym konkursie dał najwyższe noty winom, które w swoich przewodnikach ocenił najniżej. Upokorzenie więc nie omija tutaj nikogo. Wygrywają oczywiście wina dobre, świetne i doskonałe. Nie zawsze jednak wśród przegranych znajdują się wina najgorsze.

Ponad wszelką wątpliwość Alberello, skoncetrowany kupaż Negroamaro i Primitivo, w swojej klasie cenowej pozostaje dla mnie świetne.

Jak miałam się okazję przekonać, otwierając ostatnio do kolacji dwa wina z 2006 rocznika, poszczególne butelki mogą się od siebie różnić. W pierwszej dawały znać o sobie lekko przejrzała jeżyna i nuta utlenionej fermentującej aronii, w tle suszone borówki, na końcu przyprawy: goździki, gałka muszkatołowa, liście laurowe i smużka trufli. I myślę, że taką, ewoluowaną już, butelkę degustowałam podczas Grand Prix Magazynu. Druga miała zdecydowanie świeższy owoc, mniej w niej było utlenienia, więcej słodkiej suszonej śliwki, w tle podobne przyprawy. W obu przypadkach mocną słodycz i południowy ekstrakt tego wina równoważyła odpowiednia kwasowość i ziołowa końcówka. Jest to proste wino, ale o gęstej materii, więc wbrew pozorom potrzebuje tej materii w potrawie. Było niezłe do makaronu z grzybami, ale naprawdę pyszne okazało się do jagnięcego tadżinu z suszonymi śliwkami. Do kupienia w Enotece Polskiej na Długiej 23/25 w Warszawie.

Jakiekolwiek miałyby być wyniki konkursów, pozostaje nam się cieszyć, że mamy swoich codziennych faworytów i odkrycia domowego zacisza.

Magiczne noce Cablanc czyli Bordeaux idzie w gadżety

Październik 2, 2009

wina Cablanc

Wiadomo, że apelacje Bordeaux i Bordeaux Supérieur nie mają łatwo i od lat borykają się z kryzysem. Prawie każdy odwiedzany tam winiarz będzie z bólem podkreślał, że znajduje się na dole bordoskiej piramidy i musi jakoś ze swoją niższością sobie radzić. W zeszłym roku – dzięki silnemu lobbingowi – prawo dopuściło dosypywanie chipsów dębowych podczas fermentacji, i wina, które w ślepej degustacji smakują jak chilijskie merloty, mnożą się na potęgę. Młoda, nowoczesna twarz Bordeaux uśmiecha się do dwudziestolatków, przekonując ich, że wino bordoskie jest osiągalne, przystępne i może dostarczyć codziennej, prostej przyjemności. Hasła i styl stawiają na młodych, dla których wino rodziców jest zbyt  wyrafinowane i za drogie, a zresztą stało się niemodne. Kampania antywinna we Francji się pogłębia, spożycie wina z roku na rok spada na głowę, hasła ze starych (sponsorowanych przez państwo!) plakatów: „Pijcie wino, żyjcie radośnie!” dziś są nie do pomyślenia.

Pijcie wino, żyjcie radośnie

Plakat z 1938

Nie tylko nikt już nie mówi o radości z kieliszka wina, nie wspomina się już nawet o zdrowiu, teraz obowiązuje dyskurs roztrząsający, które wino jest bardziej szkodliwe (podobno białe i z dwojga złego lepiej pić różowe).

W tym powszechnym amoku Jean Daniel Debart z Château Cablanc w St Pey de Castets stworzył program, który u nas dumnie się określa „edukacją dla przyszłości”.  – Nikt by do mnie nie przyjechał dla samego wina – twierdzi – musiałem mieć do zaoferowania coś więcej. To coś więcej to „Sekrety Doliny” – ścieżka zadań, jakie mogą wykonać przyjeżdżające do château razem z rodzicami dzieci. Zadań w jakimś sensie z winem powiązanych. Dzieci dostają zapinaną na biodrach saszetkę z odpowiednim oprzyrządowaniem, rodzice koszyk z prowiantem bio i gra się rozpoczyna. Można wygrać odblaskowy długopis. Program obejmuje także zwiedzanie piwnicy, gdzie np. wkłada się głowę do kadzi fermentacyjnej, w której usłyszymy odtwarzaną z taśmy „konwersację” drożdży, a dalej z piwnicy droga wiedzie do „balowej komnaty pałacu księżniczki” i… „jak będziesz duża, to weźmiesz tutaj ślub”. Dorosłe księżniczki już teraz urządzają w Cablanc wesele. A jak nie chcą wesela, to w towarzystwie swoich księciów mogą wziąć udział w magicznych nocach Cablanc. Przychodzi wtedy prawdziwy magik i z kieszeni pani siedzącej w pierwszym rzędzie wyciąga butelkę wina.

Jean Daniel Debart

Jean Daniel Debart

Jean Daniel Debart to facet pełen dobrej energii i po przejściu Doliny Sekretów i wszystkich innych atrakcji, oczarowana, czekałam na szczęśliwe zakończenie: teraz, myślałam, wina powalą mnie na kolana i będę miała za swoje wyszydzanie enoturystyki. I gdyby szukać w winach wanilii, a nie owocu, koniec podróży należałoby uznać za pozytywny. Mnie nie zdołało jednak olśnić nawet wino o nazwie Revelation wycenione na 20 euro. Śliwka, kawa i słodkie przyprawy w ustach ginęły pod pylastą teksturą drewnianych tanin. Wcześniej wino to nosiło nazwę Inaccessible (Niedostępne) i było zamknięte w gipsowej rzeźbie, do której dołączony był młotek. Cena takiej butelki: 850 euro. Jakoś  się nie sprzedawało.

Rynek, marketing, enoturystyka, magia, gadżety … Naiwnie chcę wierzyć, że żyjemy w świecie, w którym dobre, proste wino ekonomicznie się obroni. A jeśli nawet tak nie jest, to naszym dzieciom najpierw chciałabym opowiadać o świecie, w którym liczy się autentyczna jakość, a nie atrakcyjne opakowanie.

Osobny świat

Wrzesień 23, 2009

mołdawia 2148

Mołdawia na wyobraźniowej mapie Europejczyków w zasadzie nie istnieje. „Gdzie to dokładnie jest?” – można nieraz usłyszeć. Również mołdawskie wina słabo istnieją w świadomości winomanów. W Polsce kojarzą się przede wszystkim z najniższą półką. Wybierałam się więc do Mołdawii z tym większą ciekawością i pytaniem, czy stereotyp ten da się obalić. W końcu na wciśniętym między Ukrainę a Rumunię wąskim pasie lądu uprawia się aż 122 tysiące hektarów winnic, co daje największy w stosunku do powierzchni gruntów areał w Europie. Krajowe spożycie wina również jest spore: rocznie wynosi bowiem 28 litrów na głowę (czyli dziesięć razy więcej niż w Polsce). Na tę liczbę składa się jednak przede wszystkim wino produkowane ze stołowych winogron rosnących w przydomowych ogródkach. Pachnie ono rozkładającymi się truskawkami i nosi piękne imiona: Lidia, Isabella, Suruczena… Ponad 90% wina jakościowego szło zawsze na eksport. Paradoksalnie więc Mołdawia, która produkuje rocznie blisko cztery miliony hektolitrów wina, jest krajem, w którym nie ma winiarskiej kultury.

mołdawia

Wielkie bogate winnice stanowią kontrast dla otaczających je biednych wsi. W mołdawskim krajobrazie Bizancjum miesza się z nędzą, wschodnia depresja z południowym farniente. Ubóstwo jakby przykrywają malownicze barwy chat i cerkwi, wieś jest wiejska jak nigdzie w Europie, pomidory i ogórki należą do najlepszych na świecie, no i jest tam bryndza, doskonała bryndza. Przejeżdżając przez wsie, mija się scenki, które nastrojem przypominają filmy Kusturicy. Chłopcy wyciągają starą ładę z rowu, jakąś para wyleguje się pod drzewem, babuszki sprzedają owoce, dzieci wysiadują na murku, pop odprawia przydrożną mszę. Wino stanowi świat cokolwiek osobny.

mołdawia

mołdawia

mołdawia

Piwnice, jakie zwiedzaliśmy, swoim wystrojem przechodziły najśmielsze sny szalonego architekta. Państwowa Cricova to 100 km wyżłobionych w wapiennej skale korytarzy znajdujących się 60-80 metrów pod ziemią. Składują w niej swoje wina liczni notable min. Vladimir Putin.  Znajduje się tu również kolekcja Hermanna Göringa, niestety listy win nam nie udostępniono. Atrakcją samą w sobie jest jednak wystrój licznych sal degustacyjnych, który mnie skojarzył się z radzieckim science-fiction, natomiast Wojtek Bosak i Mariusz Kapczyński optowali za „Doktorem No” . Oceńcie sami.

mołdawia

cricova

cricova

W czasach Związku Radzieckiego Cricova była dostępna jedynie dla rządowych oficjeli. Dziś po podziemnych korytarzach ciuchcią rodem z wesołego miasteczka może przejechać się  każdy, jeśli tylko zechce uiścić opłatę w wysokości 60 euro.

cricova

z kolekcji hermanna goringa

Z kolekcji Hermanna Goringa

kolekcja vladimira putina

Kolekcja Vladimira Putina

Niewiele przepychem od Cricovej odbiegała Vila Sonic – piwnice winnicy Lion Gri, po których ze swadą oprowadzała nas właścicielka Nelly Sonic.

Nelly Sonic/ photo by Ewa Wieleżyńska

Nelly Sonic/ photo by Ewa Wieleżyńska

vila sonic

Znajdowała się w nich również atrapa mołdawskiej tradycyjnej wsi w skali 1:1.

vila sonic

W Château Vartely obwarowanym zamkowym murem urządzono hotel, gdzie do dyspozycji gości oddano bilardową salę wyposażona w basen, saunę oraz ikonę Matki Boskiej.

Przy tych pokazach mocy wino schodziło jakby na dalszy plan, więcej było rozmów o cyfrach niż o smakach i procesie winifikacji. After all, who cares? Only few professionals – zdarzyło nam się usłyszeć. Jakby wino było przede wszystkim towarem obliczonym na szybki zysk i nie miało żadnych wartości estetycznych czy symbolicznych, choćby w najbardziej prymitywnej, marketingowej postaci: wciąż mało się w Mołdawii myśli o konsekwentnym budowaniu marki. Mołdawskich winiarzy przez lata rozpuścił rynek rosyjski (stanowiący 85% eksportu), który brał wszystko bez względu na jakość. Jednak kiedy w 2006 roku Rosjanie obłożyli zakazem import z Mołdawii, tamtejsze winiarstwo pogrążyło się w kryzysie. Zakaz co prawda rok temu zdjęto, jednak w między czasie rynek rosyjski zorientował się, że za mniejsze pieniądze można sprowadzać wina z Hiszpanii czy z Argentyny. W kryzysie tym jest pewna szansa: Mołdawianie muszą zacząć myśleć o konkurencyjności na innych rynkach.

Ostatniego dnia w kiszyniowskim wine barze Symposium mieliśmy okazję przekonać się, że pojawiły się pierwsze jaskółki. Constantin Stratan, enolog Dionisos Mereni, ruszył z osobistym projektem i winifikuje między innymi 100% Rara Neagra. To endemiczny szczep, dający soczyste, skoncentrowane wina, który do tej pory był używany co najwyżej w kupażach  i stopniowo był wypierany przez międzynarodowe Cabernet Sauvignon czy Merlota.

Niektórzy wciąż spoglądają na Stratana jak na dziwaka, świat wina jednak dziwakami stoi.

Więcej o mołdawskich winach w październikowym numerze Magazynu Wino.

O Mołdawii na swoim blogu pisze również Wojtek Bosak.